— Rada gęba, że pan śpi. A co młodemu chłopu po starej babie? Rany boskie święte, król miłościwy!

Chciała się cofnąć, skryć w tłumie. Za późno. Już ją dostrzeżono. Trzaska poskoczył, porwał ją za rękę i siłą przed króla pociągnął.

— Jak się macie, Jacentowa! — przywitał król babkę jakby najlepszą znajomą. — Czekamy na was. Córuchnę Trzasków przywieźliśmy do chrztu, wszystko gotowe, ino chrzestnej matki nam potrza. Nie odmówicie chyba?

— Nie godzi się, nie wolno odmówić, miłościwy panie. Nie chwalący się to już będzie czterdzieste czwarte.

— Właśnie moje lata! — roześmiał się Kazimierz. — Bierzcie dziewuszkę na ręce i śpieszmy. Ksiądz proboszcz za długo już w kruchcie czeka.

— Zbroja mój kumoter?

— E, gorzej.

— Kiej nie widzę nikogo.

— A ja?

Wielkie szczęście, że Jacentowa nie odebrała była jeszcze dziecka z rąk Zbroiny, bo by je niechybnie puściła na ziemię z przerażenia.