— Chcesz mi towarzyszyć?— zapytał Holmes, spojrzawszy na mnie.
— Ależ z chęcią.
— To sprawdź zaraz pociąg.
— Jest pociąg o wpół do dziesiątej rano — rzekłem, patrząc do rozkładu jazdy — przyjeżdża do Winchesteru o wpół do dwunastej.
— Bardzo dobrze się składa. W takim razie chyba lepiej odłożę swoją analizę acetonów na kiedy indziej, bo rano musimy być w dobrej formie.
*
Nazajutrz o jedenastej byliśmy w drodze do dawnej angielskiej stolicy. Holmes przez cały ten czas zagłębiał się w porannych gazetach, ale kiedy przekroczyliśmy granicę Hampshire, odrzucił je na bok, aby napawać wzrok widokiem okolicy. Był przecudny wiosenny dzień, na jasnobłękitnym niebie goniły się białe postrzępione chmurki, a wskutek jasnych słonecznych promieni powietrze zdawało się przepojone czymś rozkosznie orzeźwiającym. Wokoło zaś, aż do pagórków otaczających Aldershot, wszędzie ze świeżej, młodej zieleni wyłaniały się czerwone i szare dachy zagród.
— Jakże to świeże i piękne! — zawołałem z zachwytem człowieka, który dopiero co zostawił za sobą kłęby mgły londyńskiej.
Holmes jednak potrząsnął poważnie głową.
— Wiesz, Watsonie — powiedział — to przekleństwo takiego umysłu jak mój, że na wszystko muszę zawsze patrzeć z punktu widzenia tej sprawy, która mnie właśnie zajmuje. Ty na widok tych rozproszonych zabudowań odczuwasz tylko ich piękno. Ja natomiast patrzę na nie i myślę tylko, jak bardzo są izolowane i jak łatwo można w nich bezkarnie popełniać zbrodnie.