— Tak. Dobrze wie, iż jestem sprytniejszy od niego i przyznaje mi to zawsze, ale dałby sobie raczej obciąć język, niżby to uznał wobec osoby trzeciej. Niemniej możemy pójść i zobaczyć, co to takiego. Postąpię, jak sam będę uważał za odpowiednie, i może jeszcze wyśmieję tych dudków18. Chodźmy.

Włożył śpiesznie palto i zabierał się do wyjścia w sposób wskazujący, że po napadzie apatii nastąpił okres energii.

— Mam pójść z panem?

— Tak, jeśli pan nie ma nic lepszego do roboty.

W chwilę później siedzieliśmy obaj w dorożce pędzącej w kierunku Brixton Road.

Ranek był mglisty, chmurny, nad dachami domów unosił się ciemny obłok, będący jakby odbiciem zabłoconych ulic. Towarzysz mój był w najlepszym usposobieniu i rozprawiał o skrzypcach z Cremony19, o różnicy między Stradivariusem20 i Amatim21. Ja zaś siedziałem, milcząc, gdyż chmurna pogoda i ponura sprawa oddziaływały na mnie przygnębiająco.

— Jak widzę, nie bardzo pan myśli o tej całej sprawie — zauważyłem wreszcie, przerywając muzyczną rozprawę Holmesa.

— Nie mam jeszcze żadnych danych — odparł. — To wielki błąd budować teorię, zanim się ma potrzebne podstawy. To tylko paczy właściwy sąd.

— Niebawem będzie pan miał dane — rzekłem, wskazując palcem. — Oto i Brixton Road, a jeśli się nie mylę, tam stoi ów dom.

— Tak jest. Dorożkarz! Stój!