Rance usiadł znów na kanapie, wyraz zaniepokojenia nie znikł jednak z jego twarzy.

— Powróciłem do furtki i zagwizdałem. Na ten sygnał nadbiegł Murcher i dwóch innych policjantów.

— Czy ulica była wówczas pusta?

— Mniej więcej. Nie było na niej nikogo, kto by się mógł na coś przydać.

— Co przez to rozumiecie?

Policjant skrzywił się.

— Widziałem w życiu niejednego pijaka — rzekł — ale kogoś tak pijanego, jak ten włóczęga, na którego wpadłem, gdy wychodziłem z furtki, dotąd nie spotkałem. Uczepił się kraty przed domem i wrzeszczał wniebogłosy jakąś piosenkę. Nie mógł stać o własnych siłach, a tym mniej być nam pomocnym.

— Jaki to był człowiek? — spytał Sherlock Holmes.

John Rance wydawał się trochę zirytowany tym odejściem od tematu.

— Zwykły pijak — rzekł. — Byłby obudził się niechybnie dziś rano w areszcie, gdybyśmy nie byli zajęci czym innym.