Zdawało mi się, że po wyrazistej twarzy mojego towarzysza przemknął cień niepokoju.

— Jak to, wpadliście na właściwy trop? — spytał.

— Właściwy trop! Ależ, proszę pana, nasz jegomość siedzi pod kluczem.

— Jak się nazywa?

— Artur Charpentier, podporucznik marynarki królewskiej — odrzekł pompatycznie Gregson, zacierając tłuste ręce i wypinając pierś.

Sherlock Holmes odetchnął z widoczną ulgą, a uśmiech powrócił na jego twarz.

— Niech pan siądzie, Gregson, i zapali jedno z tych cygar — rzekł. — Radzi byśmy jak najprędzej wiedzieć, w jaki sposób to się stało. Może trochę whisky z wodą?

— Przydałoby się — odparł policjant. — Jestem zupełnie wyczerpany pracą ostatnich dwu dni. Nie tyle wysiłkiem fizycznym, ile natężeniem umysłu. Pan zrozumie mnie najlepiej, panie Holmes, bo obaj nie oszczędzamy naszego mózgu.

— Jest pan bardzo łaskaw dla mnie, panie Gregson — rzekł Holmes z całą powagą. — Proszę nam wreszcie opowiedzieć, w jaki sposób doszedł pan do takiego świetnego wyniku.

Policjant rozsiadł się wygodnie w fotelu i z zadowoleniem spoglądał na obłoki dymu unoszące się z cygara. Nagle w napadzie wesołości klepnął się po udzie.