— Najlepsze z tego wszystkiego — zawołał — jest to, że ten osioł Lestrade, który się ma za takiego mądrego, puścił się zupełnie fałszywym tropem. Szuka sekretarza Stangersona, który ma ze zbrodnią tyle wspólnego, co nowo narodzone niemowlę. Nie wątpię, że go już schwytał.

Ta myśl wydała się Gregsonowi tak zabawna, że śmiał się na całe gardło, dopóki się nie zakrztusił.

— Cóż pana naprowadziło na ślad zbrodniarza?

— Zaraz panu opowiem. Ale, doktorze, zastrzegam sobie całkowitą dyskrecję. Pierwszą trudnością, jaką napotkaliśmy, był brak wszelkich wskazówek co do przeszłości Amerykanina. Są tacy, którzy czekaliby odpowiedzi na swoje ogłoszenie albo aż ktoś przyniesie jakieś wiadomości. Ale Tobiasz Gregson nie w ten sposób zabiera się do pracy. Pamięta pan kapelusz obok zmarłego?

— Pamiętam — odparł Holmes. — Kapelusz od Johna Underwooda i Synów, sto dwadzieścia dziewięć Camberwell Road.

Gregson spojrzał na Holmesa, zupełnie zbity z tonu.

— Nie przypuszczałem, że pan to zauważy — rzekł. — Czy pan tam był?

— Nie.

— A! — zawołał Gregson z zadowoleniem. — Nie należy, widzi pan, nigdy zaniedbywać żadnej sposobności, choćby się wydawała małego znaczenia.

— Dla wielkiego umysłu nie ma nic małego — zauważył Holmes sentencjonalnie.