— Odeszła. Myślę, że niedługo znów ją zobaczysz.
— Odeszła? — rzekła dziewczynka — Jakie to dziwne, że się ze mną nie pożegnała. Zawsze się żegnała, choć by tylko poszła do cioci na herbatkę, a teraz to już nie ma jej trzy dni!... Słuchaj, tak mi się chce pić... Nie ma wody?... Chce mi się jeść... Daj mi coś do zjedzenia!
— Nie mam nic, kochanie. Musisz być jeszcze trochę cierpliwa, a potem już ci będzie dobrze. Oprzyj główkę o moje ramię, o tak... będzie ci wygodniej. Niełatwo to mówić, gdy język suchy jak skóra, ale wolę ci już powiedzieć wszystko... Co ty tam masz?
— O, jakie to ładne, jakie to śliczne! — zawołało dziecko radośnie, pokazując mu dwa kawałki miki, iskrzące się w słońcu. Jak wrócimy do domu, dam to braciszkowi, Bobowi.
— Ujrzysz niedługo ładniejsze rzeczy — szepnął mężczyzna — poczekaj trochę... Ale chciałem ci powiedzieć... Czy pamiętasz, jak minęliśmy rzekę?
— O, tak.
— A więc, liczyliśmy, że znajdziemy niezadługo drugą rzekę, ale pomyliliśmy się... Kompas czy mapa wskazały nam złą drogę, nie wiem, i nie znaleźliśmy rzeki. Nasza woda wyczerpała się, zostało kilka kropel dla ciebie i... i...
— I nie mogłeś się umyć — przerwała dziewczynka poważnie, spoglądając na jego okrytą kurzem twarz.
— Tak, ani napić. A potem umarł najpierw pan Bender, a potem Indianin Pete i pani Mac Gregor, i Johnny Hones, i w końcu, kochanie, twoja mama....
— To mama także umarła! — krzyknęło dziecko, wtuliło buzię w fartuszek i rozszlochało się żałośnie.