— Tak, umarli wszyscy, prócz mnie i ciebie. Potem myślałem, że znajdziemy wodę w tych stronach. Wziąłem cię na plecy i powędrowaliśmy. Ale zawiodła mnie nadzieja... Teraz nie mamy już chyba czego się spodziewać!

— To może i my umrzemy, co? — spytało dziecko, przerywając nagle płacz i zwracając do towarzysza zalaną łzami twarzyczkę.

— Tak, dziecko moje, tak mi się zdaje.

— Dlaczegoś mi tego od razu nie powiedział? — spytała, śmiejąc się radośnie. — Tak mnie przestraszyłeś! Przecież jak umrzemy, to będziemy znów razem z mamusią.

— Tak, kochanie, ty pójdziesz do mamusi.

— I ty także. Ja już jej powiem, jakiś ty był dla mnie dobry. Wiesz, założę się z tobą, że będzie czekała na nas we drzwiach nieba z wielkim dzbankiem wody i z koszykiem gorących placków gryczanych, obsmażonych z obu stron... wiesz, takich, jak Bob i ja bardzo lubimy. A jak to długo jeszcze potrwa?

— Nie wiem... pewnie niedługo.

Mężczyzna skierował wzrok w północną stronę widnokręgu. Na błękitnym sklepieniu nieba ukazały się trzy ciemne punkciki, które wzrastały i zbliżały się z niesłychaną szybkością. Były to trzy wielkie ptaki, o ciemnych piórach, które zataczały koła ponad głowami podróżników i w końcu usiadły na skale ponad nimi. Były to myszołowy, sępy zachodu, zwiastuny śmierci.

— Koguty i kury! — zawołała dziewczynka z radością, wskazując złowróżbne ptaki i klaszcząc w dłonie, aby je spłoszyć. — Powiedz, czy to Pan Bóg stworzył ten kraj?

— Naturalnie — odparł mężczyzna, zdumiony tym zapytaniem.