— Chyba, że nie — szczebiotało dalej dziecko. — Bóg stworzył przecież tamten kraj, Illinois, ale ten to musiał zrobić ktoś inny, bo jest dużo gorzej zrobiony. Zapomniano tu o wodzie i drzewach.
— A może byś się trochę pomodliła? — spytał mężczyzna nieśmiało.
— Kiedy jeszcze nie noc.
— Nic nie szkodzi. Ręczę, że Pan Bóg nie będzie się gniewał, chociaż to dzień. Zmów te modlitwy, które odmawiałaś co wieczór na wózku, jak byliśmy jeszcze w preriach.
— A dlaczego ty sam nie zmówisz? — spytało dziecko, patrząc zdumionymi oczyma na mężczyznę.
— Zapomniałem — odpowiedział. — Byłem jak połowa tej strzelby, kiedym się już odzwyczaił od modlitwy... Ale nigdy nie jest za późno... Odmawiaj, kochanie, modlitwy głośno, a ja będę powtarzał za tobą.
— No, to musisz uklęknąć, i ja także — odparła dziewczynka, rozpościerając szal. — Teraz złożysz ręce, o tak... Zobaczysz, zaraz poczujesz, żeś lepszy.
Szczególny to był widok, któremu przypatrywały się tylko myszołowy. Na wąskim szalu uklękli obok siebie swawolne dziecko i stary, zahartowany awanturnik. Okrągła, niewinna twarzyczka i wynędzniałe kościste oblicze zwróciły się razem ku błękitowi nieba, a z dwojga serc, tak różnych, wzniosła się w jednakim porywie modlitwa do Najwyższego. Dwa głosy — jeden cienki i czysty, drugi niski i ochrypły — zlały się w błaganiu o miłosierdzie i przebaczenie.
Gdy skończyli modlitwę, powrócili na miejsce pod osłoną głazu i niebawem dziecko zasnęło, przytulone do szerokiej piersi opiekuna. On zaś czuwał przez czas jakiś nad snem dziecka, lecz w końcu natura wzięła górę. Przez trzy dni i trzy noce nie zaznał snu ani odpoczynku. Powieki opadły na znużone oczy, głowa pochylała się coraz niżej na pierś, aż wreszcie siwa broda mężczyzny złączyła się ze złotymi kędziorami dziecka i oboje spali snem twardym, bez marzeń.
Gdyby wędrowiec zasnął o pół godziny później, oczom jego ukazałby się osobliwy widok. Na samym krańcu rozległej płaszczyzny solnej ukazał się maleńki obłoczek kurzu. Zrazu bardzo lekki i zaledwie dostrzegalny w dali, wzrastał stopniowo, aż utworzył gęsty, wielki tuman, który zbliżał się i rósł ciągle, tak że w końcu oczywiste stało się, iż wywołuje go liczna gromada żywych stworzeń w ruchu.