W żyźniejszej okolicy można by przypuszczać, że to zbliża się jedno z wielkich stad żubrów, pasących się na prerii. Ale w tej pustce, wśród tej suszy, przypuszczenie takie było wprost niemożliwe. W miarę jak tuman kurzu zbliżał się do samotnej skały, na której spoczywali zbłąkani wędrowcy, zarysowały się coraz wyraźniej wozy z budami płóciennymi i postacie uzbrojonych jeźdźców. Była to tedy wędrująca na zachód karawana.

Jakaż olbrzymia! Gdy początek znajdował się już u stóp gór, koniec nie ukazał się jeszcze na widnokręgu. Wędrujące szeregi rozproszyły się po całej bezbrzeżnej równinie, furgony i wózki, mężczyźni konno i pieszo zajęli ją od krańca do krańca. Kobiety szły chwiejnym krokiem, uginając się pod nadmiernymi ciężarami, dzieci dreptały obok wózków lub wychylały się spod płóciennych bud. Nie była to niewątpliwie zwyczajna gromada wychodźców, lecz raczej jakiś koczujący naród, zniewolony siłą okoliczności do szukania nowej ojczyzny. Spośród tego olbrzymiego tłumu wznosiła się głucha wrzawa głosów ludzkich zmieszana ze skrzypem kół i rżeniem koni. Jakkolwiek była głośna, nie zdołała jednak obudzić znużonych wędrowców śpiących na skale nad karawaną.

Na czele pochodu jechało konno kilkunastu mężczyzn o twarzach poważnych i surowych. Odziani byli w ubrania z ciemnego, grubego sukna i uzbrojeni w strzelby. Dotarłszy do stóp urwiska, zatrzymali się i odbyli krótką naradę.

— Studnie są na prawo, bracia — rzekł jeden z nich, z twarzą zupełnie wygoloną, z wąskimi zaciśniętymi ustami i siwiejącymi włosami.

— Na prawo od Sierra Blanco... w takim razie dotrzemy do Rio Grande — odezwał się inny.

— Nie obawiajmy się braku wody — zawołał trzeci. — Ten, który sprawił, iż woda wytrysła ze skały, nie opuści swego wybranego narodu.

— Amen! Amen! — odpowiedzieli wszyscy chórem.

I zamierzali ruszyć w dalszą drogę, gdy jeden z najmłodszych, obdarzony najbystrzejszym wzrokiem, wydał okrzyk i wskazał głaz wznoszący się nad nimi. Na szczycie powiewał kawałek różowego materiału, odcinając się ostrym, jaskrawym tonem od szarego tła skał. Na ten widok wszyscy powstrzymali konie i chwycili za broń, a inni jeźdźcy nadbiegli galopem, aby wzmocnić awangardę39. Wyraz „czerwonoskórzy” był na wszystkich ustach.

— Niepodobna, żeby znalazła się tu liczniejsza gromada Indian — rzekł starszy mężczyzna, który był, jak się zdawało, dowódcą. — Minęliśmy osady Pawnisów i nie powinniśmy spotkać innych szczepów, aż poza łańcuchem wielkich gór.

— Czy mogę pójść zobaczyć, bracie Stangerson? — spytał jeden z gromady.