— I ja też... I ja też... — odezwało się kilkanaście głosów.
— Pozostawcie wasze konie, będziemy tu na was czekali — odparł starszy.
W jednej chwili najmłodsi zeskoczyli z siodeł, związali razem konie i zaczęli się wdrapywać na stromą pochyłość wiodącą do przedmiotu, który wzbudził zaciekawienie. Szli szybko i bez hałasu, z wprawą i pewnością ludzi przywykłych do chodzenia na zwiady. Pozostali na dole ścigali wzrokiem skaczących ze skały na skałę, aż wreszcie postacie ich zarysowały się na błękitnym tle nieba. Szli teraz, a przodował ten, który pierwszy uderzył na alarm. Nagle jego towarzysze ujrzeli, że unosi ręce w geście zdumienia, a zbliżywszy się do niego, sami osłupieli na widok, jaki przedstawił się ich oczom.
Na małej płaszczyźnie na szczycie skały wznosił się olbrzymi głaz, pod którym leżał wyciągnięty wysoki mężczyzna z długą brodą, barczysty, lecz wychudzony jak szkielet. Jego spokojna twarz i regularny oddech wskazywały, że śpi mocno. Obok niego spoczywało dziecko, które zarzuciło białe, pulchne rączęta na żylastą, ogorzałą szyję, a złotą główkę złożyło na piersi okrytej wytartą aksamitną kurtką. W rozchylonych, różowych ustach dziewczynki jaśniały śnieżną białością drobne ząbki, radosny uśmiech opromieniał dziecinną twarzyczkę. Okrągłe łydki, zakończone stopkami w białych skarpetkach i pantofelkach ze sprzączkami — wszystko to stanowiło szczególny kontrast z wychudzoną postacią jej towarzysza.
Nad śpiącymi, na skraju skały, siedziały nieruchomo trzy wielkie myszołowy, które na widok przybyszów zaczęły wydawać przeraźliwe wrzaski, jakby rozgniewane, że wydzierają im żer, i zabrały się ociężale do odlotu.
Krzyk ptaków obudził śpiących. Zerwali się przerażeni i rozglądali się z trwogą dokoła. Mężczyzna po chwili skoczył na równe nogi i patrzył na równinę, która była tak pusta, gdy sen go zmorzył, a teraz roiła się od ludzi i zwierząt. Na jego twarzy odbił się wyraz niedowierzania. Przesunął kościstą dłonią po oczach.
— Zaczynają się już gorączkowe widzenia — szepnął do siebie.
Dziewczynka stała obok niego, uczepiła się rączką kurtki i nic nie mówiła, tylko zdumionym, pytającym wzrokiem dziecka rozglądała się dokoła.
Ludzie, którzy przybyli tak niespodzianie na ratunek biednym zabłąkanym, przekonali ich niebawem, że nie byli tylko widzeniem. Jeden z nich wziął dziewczynkę i posadził ją sobie na ramieniu, dwaj inni ofiarowali swą pomoc jej wycieńczonemu towarzyszowi i poprowadzili go do wozów.
— Nazywam się John Ferrier — objaśniał wędrowiec. — Z dwudziestu jeden ludzi pozostaliśmy tylko ja i ona. Reszta umarła z głodu i pragnienia tam, na południu.