— Czy to twoje dziecko? — spytał jeden z mężczyzn.
— Myślę, że teraz nabyłem do tego prawo — zawołał wędrowiec. — Jest moja, bo ją uratowałem. Nikt nie zdoła mi jej odebrać. Od dziś nazywa się Lucy Ferrier. A wy kim jesteście? — dodał, spoglądając na swoich barczystych, ogorzałych wybawców. — Jest was, jak widzę, mnóstwo.
— Blisko dziesięć tysięcy — odezwał się jeden z młodzieńców. — Jesteśmy prześladowanymi dziećmi Boga... Wybranymi anioła Moroni...
— Nigdy o nim nie słyszałem — odparł wędrowiec. — Ale też wybrał sobie niemałą gromadę!
— Nie żartuj z tego, co święte. Jesteśmy z tych, którzy wierzą w święte pisma skreślone egipskimi zgłoskami na płytach z kutego złota, które przekazane zostały świętemu Josephowi Smithowi w Palmyrze40. Idziemy z Nauvoo, w stanie Illinois, gdzie wznieśliśmy naszą świątynię. Szukamy schronienia przed człowiekiem niesprawiedliwym i bezbożnym, choćbyśmy je mieli znaleźć dopiero w głębi pustyni.
Nazwa Nauvoo obudziła widocznie wspomnienie w umyśle Johna Ferriera.
— Wiem już — rzekł. — Jesteście mormonami41.
— Jesteśmy mormonami — chórem odpowiedzieli jego towarzysze.
— A dokąd idziecie?
— Nie wiemy. Prowadzi nas ręka Boga w osobie naszego Proroka. Musicie stanąć przed jego obliczem, a on powie, co należy z wami uczynić.