— Johnie Ferrierze — przemówił, piorunującym głosem — jeżeli zamierzasz mimo swojej niemocy stawiać opór rozkazom Czterech Świętych, lepiej byłoby dla ciebie, gdyby twój i jej szkielet bieliły się teraz na stokach Sierra Blanco.

Słowom tym towarzyszył groźny ruch ręki, po czym Brigham Young wyszedł i niebawem rozległ się na ścieżce zgrzyt żwiru pod jego ciężkimi krokami.

John Ferrier siedział z głową ukrytą rękach i rozmyślał, w jaki sposób oznajmi tę złowrogą wieść córce, gdy nagle miękka dłoń spoczęła na jego ramieniu. Podniósł głowę i ujrzał przed sobą Lucy, a jej blada, wylękła twarz wskazywała, że wszystko słyszała.

— Nie podsłuchiwałam umyślnie — rzekła w odpowiedzi na pytające spojrzenie ojca. — Jego głos rozlegał się w całym domu. Och, ojcze, co my poczniemy?

— Nie dręcz się — odparł, przyciągając ją do siebie i głaszcząc szeroką, szorstką ręką jej jedwabiste włosy. — Jakoś damy sobie radę. Chyba twoje uczucia do tego chłopca nie zmniejszą się?

Łkanie i uściśnięcie jego dłoni było jej jedyną odpowiedzią.

— Wiem o tym. Zresztą nie chciałbym usłyszeć od ciebie, że jest inaczej. Chłopak to dzielny i dobry chrześcijanin, czym nie są bynajmniej ci tutejsi ludzie mimo swych ciągłych modlitw i kazań. Słuchaj, jutro wyrusza kompania do Nevady. Postaram się przesłać mu wiadomość o tym, co tu zaszło. A musiałbym się bardzo pomylić w sądzie o nim, jeśli na tę wieść nie powróci do nas z szybkością, która zawstydziłaby iskrę telegraficzną.

Lucy uśmiechnęła się przez łzy, słysząc słowa ojca.

— On nam najlepiej poradzi, jak przybędzie. Ale ja się o ciebie boję, kochany ojcze. Opowiadają... takie straszne historie o tych, którzy stawiają opór Prorokowi... zdarza im się zawsze jakieś okropne nieszczęście.

— Ale my nie stawialiśmy mu jeszcze oporu — odparł ojciec. — Czas będzie zapobiec złu, gdy to uczynimy. Mamy miesiąc przed sobą, myślę, że gdy upłynie, najmądrzej zrobimy, znikając z Utah.