— Opuścić Utah?

— Taki mam zamiar.

— A farma?

— Postaramy się zebrać jak najwięcej gotówki, a resztę zostawimy. Mówiąc szczerze, Lucy, nie pierwszy raz myślę o tym. Nie lubię nikomu ulegać, jak oni tu wszyscy ulegają temu sztucznemu prorokowi. Jestem synem wolnej Ameryki i to wszystko tu dla mnie nowe. Ja już za stary na naukę. A jeśli on tu jeszcze przyjdzie i będzie mi się wtrącał do moich spraw domowych, może się spotkać z dobrym ładunkiem śrutu na powitanie.

— Ale oni nie zechcą nas puścić! — rzekła młoda dziewczyna.

— Poczekajmy na Jeffersona, a potem już sobie poradzimy. Tymczasem zaś nie martw się, nie dręcz, kochanie, i nie płacz, bo ci się oczy zaczerwienią, a ja będę musiał za to przed nim odpowiadać. Nie ma się czego bać i nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo.

Jan Ferrier pocieszał ją wprawdzie z wielką pewnością siebie, niemniej jednak Lucy zauważyła, że wieczorem z niezwykłą starannością zamykał drzwi na klucz i oczyściwszy najpierw, nabił starą strzelbę, która wisiała na ścianie w jego sypialni.

Rozdział IV. Ucieczka

Nazajutrz rano po rozmowie z Prorokiem John Ferrier udał się do Salt Lake City, a odnalazłszy znajomego, który wyruszał w góry Nevady, powierzył mu list przeznaczony dla Jeffersona Hope’a. W liście tym opisywał, jak straszne niebezpieczeństwo mu groziło i jak dalece powrót jego jest konieczny. Co uczyniwszy, uczuł ulgę i ze swobodniejszym umysłem wracał do domu.

Zbliżając się do farmy, zdziwił się na widok dwóch koni przywiązanych do sztachet. A większe zdumienie ogarnęło go, gdy wszedł do bawialni i ujrzał dwóch młodych ludzi. Jeden, o długiej, bladej twarzy, leżał w bujaku, oparłszy nogi na piecu. Drugi, z osadzoną na szerokim karku głową, o rysach pospolitych, zwierzęcych stał przed oknem, trzymając ręce w kieszeni i gwiżdżąc popularną piosenkę. Obaj skinęli głowami, gdy Ferrier wszedł, a ten, który leżał w krześle, rozpoczął rozmowę.