— Jeśli będzie ich za dużo na nas dwóch, ze trzech weźmiemy ze sobą na pewno na tamten świat — odparł z ponurym uśmiechem.
Pogasili wszystkie światła w domu, po czym Ferrier patrzył przez chwilę oknem na pola, które były jego własnością, a które miał porzucić na zawsze. Sposobił się jednak od dawna do tej ofiary, a myśl o uratowaniu czci i szczęścia córki przeciwważyła wszelki żal nad straconym mieniem. Wszystko dokoła tchnęło tak błogim spokojem, począwszy od drzew szemrzących z cicha do rozległych łanów zboża, że trudno było uprzytomnić sobie, iż wśród tego otoczenia czyhał duch zbrodni. Bladość oblicza młodego myśliwego, jego zasępione czoło świadczyły, że widział po drodze dosyć, aby wiedzieć, czego się trzymać.
Ferrier niósł worek ze złotem i banknotami, Jefferson Hope prowianty i wodę, a Lucy małe zawiniątko, zawierające to, co posiadała cenniejszego. Otworzywszy powoli i z wielką ostrożnością okno, czekali, dopóki wielka chmura nie zaciemniła nieba, i wówczas jedno po drugim wyszli do ogrodu. Z zapartym oddechem, czołgając się i potykając, dotarli do płotu i pod jego osłoną podążali dalej do wyrwy wychodzącej na pole. Byli już prawie u celu, gdy Jefferson schwycił gwałtownie towarzyszy i cofnął ich w cień, i wszyscy rzucili się na ziemię, gdzie legli bez ruchu.
Wychowany na prerii, Jefferson Hope zawdzięczał koczującemu życiu, jakie prowadził, niesłychanie wyostrzony słuch. Zaledwie rzucili się na ziemię, gdy odezwał się przeraźliwy krzyk puszczyka, na który niezwłocznie z niedalekiej odległości odpowiedział taki sam odgłos. W tej samej chwili w otworze, do którego dążyli, ukazała się ciemna postać i powtórzył się jękliwy krzyk, po czym z cieniów nocy wysunął się drugi mężczyzna.
— Jutro o północy — rzekł pierwszy, wódz, jak się zdawało. — Gdy puszczyk odezwie się trzykrotnie.
— Dobrze — odparł tamten. — Czy mam uprzedzić brata Drebbera?
— Uprzedź go i innych również. Dziewięć do siedmiu.
— Siedem do pięciu! — Obie postacie odeszły w przeciwnych kierunkach.
Ostatnie wyrazy były widocznie ich hasłem. Skoro tylko odgłos ich kroków ucichł w oddaleniu, Jefferson Hope zerwał się na równe nogi, dopomógł towarzyszom w przejściu przez wyrwę i wyprowadził ich na łąkę, nagląc do pośpiechu, podtrzymując na wpół omdlałą dziewczynę, gdyż upadała na siłach.
— Prędzej! prędzej! — szeptał od czasu do czasu. — Jesteśmy na linii warty. Wszystko zależy od pośpiechu. Prędzej!