Skoro wydostali się na gościniec, droga była łatwiejsza, więc szli szybciej. Tylko raz spotkali jakiegoś człowieka, lecz zdążyli zejść w bok i ukryć się w polu, zanim zostali poznani. Pod miastem Jefferson skręcił i wszedł na wąską, urwistą ścieżkę wiodącą w góry. Dwa czarne, zębate szczyty zarysowały się wśród ciemności, między nimi ciągnął się ów Orli Wąwóz, w którym czekały konie. Wiedziony nieomylnym instynktem, Jefferson Hope odnajdywał ścieżkę wśród głazów i wzdłuż wyschniętego koryta potoku, aż wreszcie dotarł do ukrytego zakątka, gdzie pod osłoną wielkiej skały stały przywiązane zwierzęta. Lucy dosiadła muła, stary Ferrier z workiem pieniędzy wsiadł na jednego konia, Jefferson Hope zaś prowadził drugiego niebezpieczną ścieżką nad brzegiem przepaści.
Dokoła roztaczał się krajobraz przerażający dla każdego, kto nie był przyzwyczajony widywać przyrody w tej dzikiej, pełnej grozy szacie, w jaką przyobleka się niekiedy. Z jednej strony olbrzymia czarna skała, ponura, groźna, wznosząca się na przeszło tysiąc stóp wysokości, o powierzchni poprzecinanej długimi słupami bazaltowymi, które nadawały jej wygląd jakiegoś skamieniałego potwora z wystającymi żebrami. Z drugiej strony stosy odłamków skał i głazów zaścielały wąwóz, a pośrodku wiła się ścieżka, miejscami tak wąska, że jechać nią mogła zaledwie jedna osoba, a tak urwista, że tylko doświadczony jeździec mógł się odważyć na jej przebycie.
Jednak mimo niebezpieczeństw i przeszkód podróżni czuli w sercu wielką ulgę, gdyż każdy krok powiększał odległość między nimi a straszliwym despotyzmem, przed którym uciekali.
Niebawem wszakże przekonali się, że byli jeszcze w obrębie władzy „Świętych”. Wjechali właśnie w najdzikszą i najtrudniejszą do przebycia część wąwozu, gdy Lucy wydała okrzyk przerażenia i wskazała ręką w górę. Na skale wznoszącej się nad ścieżką i odcinającej się ostro na tle nieba stał samotny człowiek sprawujący wartę. On dostrzegł ich również i panującą w wąwozie ciszę przerwało wezwanie:
— Kto idzie?
— Podróżni dążący do Newady — odparł Jefferson Hope i przyłożył rękę do strzelby zawieszonej u siodła.
Dostrzegli, że tamten odwiódł kurek od karabinu i spojrzał w dół, jak gdyby niezadowolony z odpowiedzi.
— Za czyim pozwoleniem? — spytał.
— Czterech Świętych — odparł Ferrier.
Znał o tyle zwyczaje mormonów, iż wiedział, że jest to najwyższa władza, na jaką mógł się powołać.