— Czy nie lepiej zachować to, jak pan stanie przed sądem? — spytał inspektor.
— Kto wie, czy ja tam kiedy stanę przed sądem — odparł Hope. — Niech się panowie nie niepokoją. Nie myślę bynajmniej o samobójstwie. Czy pan jest doktorem? — dodał, zwracając na mnie ciemne, przenikliwe oczy.
— Tak jest — odparłem.
— Proszę, niech pan przyłoży rękę tutaj — rzekł, uśmiechając się i podnosząc skutą dłoń do piersi.
Uczyniłem, jak chciał, i wnet odczułem gwałtowne bicie serca i zaburzenia wewnętrzne. Zdawało się, że cała klatka piersiowa drży i chwieje się, jak wątły budynek, w którego wnętrzu porusza się potężna machina. W ciszy panującej w pokoju mogłem dosłyszeć głuchy szmer i świst pochodzący z tego samego źródła.
— Ależ — zawołałem — pan ma rozszerzenie aorty!
— Tak mi to nazwali — odparł obojętnie. — Byłem u doktora w zeszłym tygodniu, żeby się poradzić, i powiedział mi, że aorta pęknie lada dzień. Przez tyle lat z każdym rokiem jest gorzej. To skutek nadmiernego zmęczenia i marnego odżywiania się w górach Salt Lake. Ale teraz, skoro spełniłem swoje zadanie, wszystko mi jedno, kiedy umrę. Chciałbym tylko opowiedzieć swoją historię, bo mi zależy na tym, żeby nie pozostawić wspomnienia pospolitego mordercy.
Inspektor i dwaj policjanci odbyli śpieszną naradę nad tym, czy należy zadośćuczynić żądaniu aresztanta.
— Panie doktorze, czy uważa pan, że temu człowiekowi grozi niebezpieczeństwo nagłej śmierci? — zapytał inspektor.
— Niewątpliwie! — odparłem.