— W takim razie naszym obowiązkiem jest w interesie sprawiedliwości wysłuchać zeznania — rzekł inspektor. — Proszę, niech pan mówi, ale ostrzegam pana ponownie, że każde słowo pańskie będzie zapisane.

— Usiądę, jeśli pan pozwoli — rzekł aresztant, zamieniając słowa w czyn. — Męczę się prędko skutkiem choroby, a walka, jaką z panami stoczyłem przed godziną, nie poprawiła bynajmniej mego stanu. Stoję nad grobem, więc możecie panowie być pewni, że nie będę kłamać. Każde słowo, które powiem, będzie szczerą prawdą, a jaki panowie zrobią z tego użytek, to mi już wszystko jedno.

To mówiąc, Jefferson Hope oparł się o poręcz krzesła i zaczął następujące opowiadanie. Mówił tonem spokojnym, obojętnym, jak gdyby niezwykłe przygody były najpospolitszymi w świecie. Mogę zaręczyć za dokładność poniższego sprawozdania, gdyż zaczerpnąłem szczegóły z notatnika Lestrade’a, który skrzętnie notował słowa aresztanta.

— Przyczyny mojej nienawiści do tych dwu ludzi mało panów obchodzą — zaczął. — Powiem tylko, że spowodowali zgon dwojga ludzi — ojca i córki — i że skutkiem tego sami zasłużyli na śmierć. Tyle czasu wszakże upłynęło od chwili ich zbrodni, że niepodobna mi było szukać na nich sprawiedliwości w jakimkolwiek sądzie. Ponieważ zaś dla mnie ich wina nie ulegała wątpliwości, przeto postanowiłem, że sam będę ich sędzią i katem. Panowie uczyniliby tak samo, gdybyście byli na moim miejscu.

Młoda dziewczyna, o której wspomniałem, przed dwudziestu laty miała być moją żoną. Zmuszona do zaślubienia tego właśnie Drebbera, umarła z żalu i rozpaczy. Z jej martwego palca zdjąłem ślubną obrączkę i poprzysiągłem sobie, że dogasające oczy Drebbera spoczną na niej, a ostatnią jego myślą będzie zbrodnia, za którą został ukarany. Nie rozstawałem się z obrączką i ścigałem go wraz z jego towarzyszem na obu półkulach, dopóki ich nie schwytałem. Myśleli, że mnie znużą i zniechęcą, ale omylili się. Jeśli umrę jutro, co jest bardzo możliwe, to przynajmniej zejdę z tego świata z przeświadczeniem, że spełniłem swoje zadanie i spełniłem dobrze. Zginęli obaj, i to z mojej ręki. Teraz już niczego nie pragnę, niczego się nie spodziewam.

Oni byli bogaci, a ja byłem ubogi, tak że ściganie ich nie przyszło mi łatwo. Gdy przyjechałem do Londynu, musiałem wyszukać sobie jakieś zajęcie, żeby mieć z czego żyć. Powozić, jeździć konno było dla mnie rzeczą naturalną, jak chodzić. Zgłosiłem się do biura pewnego właściciela dorożek i niebawem dostałem u niego miejsce. Miałem obowiązek przynosić co tydzień pryncypałowi51 pewną sumę, a to, co zarobiłem więcej, mogłem zachować dla siebie. Rzadko kiedy wprawdzie zdarzało się, żebym miał przewyżkę, ale jakoś sobie radziłem. Najtrudniejszym zadaniem dla mnie było orientowanie się w mieście, bo ze wszystkich labiryntów na świecie Londyn jest chyba najzawilszy. Miałem wszakże zawsze przy sobie plan ulic, a skoro tylko zapamiętałem położenie głównych hoteli i dworców, już sobie jakoś dawałem radę.

Upłynął czas jakiś, zanim odszukałem mieszkanie moich dwóch wrogów, ale pytałem się i dowiadywałem, dopóki w końcu ich nie odnalazłem. Mieszkali w pensjonacie w Camberwell, z tamtej strony rzeki. Z chwilą gdy wiedziałem, gdzie ich mogę schwytać, byli na mojej łasce. Zapuściłem brodę, tak że nie mogliby mnie poznać. Postanowiłem ich śledzić, szpiegować i czekać na odpowiednią sposobność. Poprzysiągłem sobie, że tym razem już mi nie ujdą.

A jednak pomimo tego wszystkiego o mało co mi się nie wymknęli. Gdziekolwiek się ruszyli, dążyłem za nimi. Niekiedy ścigałem ich dorożką, niekiedy pieszo, ale pierwszy sposób był lepszy, bo wówczas miałem pewność, że nie stracę ich z oczu. Tylko wczesnym rankiem lub późnym wieczorem mogłem cokolwiek zarobić, tak że stopniowo zadłużyłem się u swego pryncypała. Nie troszczyłem się wszakże o to, skoro tym kosztem mogłem być ciągle na tropie swoich wrogów.

Byli jednak przebiegli. Musieli widocznie podejrzewać, że mogą być ścigani, gdyż wychodzili tylko we dnie i nigdy jeden bez drugiego. Przez dwa tygodnie jeździłem za nimi codziennie i nigdy nie widziałem ich osobno. Drebber przeważnie był pijany, ale Stangersona nie widziałem nietrzeźwego. Śledziłem ich rano i pod wieczór — daremnie, ani cienia jakiej pomyślnej sposobności. Obawiałem się jedynie, żeby mi to wewnątrz nie pękło za wcześnie, zanim zdążę spełnić, co zamierzałem.

Nareszcie pewnego wieczora, jeżdżąc tam i z powrotem po ulicy Torquay Terrace, na której mieszkali, spostrzegłem, że przed ich dom zajeżdża dorożka. Po chwili wyniesiono pakunki, po czym wyszedł Drebber, za nim Stangerson. Wsiedli do dorożki i odjechali. Zaciąłem konia i pojechałem również, nie tracąc ich ani chwili z oczu, wielce zaniepokojony, obawiałem się bowiem, że zamierzają opuścić Londyn. Przed stacją Euston wysiedli, a ja, poleciwszy jakiemuś chłopcu pilnować mojego konia, udałem się za nimi na peron. Słyszałem, jak dopytywali o pociąg do Liverpoolu, i odpowiedziano im, że jeden właśnie odszedł, a następny nadejdzie dopiero za kilka godzin. Stangerson był tym widocznie zirytowany, lecz Drebberowi ta zwłoka była jakoś na rękę. Podszedłem do nich tak blisko w tłumie, jaki się przewijał na peronie, że słyszałem każde słowo ich rozmowy.