Drebber powiedział jeszcze, że ma jakąś sprawę osobistą do załatwienia, że niedługo powróci, i chciał, żeby Stangerson na niego zaczekał. Ten nie chciał się na to zgodzić i przypomniał mu, że postanowili nigdy się nie rozstawać. Na to znów Drebber odparł, że sprawa jest natury bardzo delikatnej i że musi iść sam. Nie mogłem tym razem dosłyszeć odpowiedzi Stangersona, ale tamten wybuchnął, zaczął mu wymyślać i kląć i powiedział mu, że jest tylko jego płatnym sługą i nie ma najmniejszego prawa mu rozkazywać. Wobec tego sekretarz zaprzestał dalszych perswazji i zażądał tylko, aby jeśli Drebber nie zdąży na pociąg, spotkali się w hotelu Halliday, na co znów Drebber odparł, że powróci na peron przed jedenastą, po czym oddalił się.

Chwila, na którą czekałem tak długo, nadeszła nareszcie. Miałem znienawidzonych wrogów w swej mocy. Gdy byli razem, mogli się bronić wzajemnie, ale rozłączeni byli na mojej łasce. Nie działałem wszakże z nierozważnym pośpiechem. Plan miałem od dawna ułożony. Zemsta przynosi zadowolenie zupełne tylko wtedy, gdy krzywdziciel ma czas uprzytomnić sobie, czyja ręka zadaje mu cios i z jakiego powodu spotyka go kara. Mój plan obmyślony był właśnie w ten sposób, żeby sprawca moich katuszy widział jasno, iż jego dawna zbrodnia zostaje ukarana.

Zdarzyło się, że kilka dni przedtem jakiś człowiek, który miał nadzór nad kilkoma domami na Brixton Road, zostawił klucz od jednego z nich w mojej dorożce. Tego samego wieczora zgłoszono się po ten klucz i został oddany. Ja jednak miałem czas zrobić z niego odcisk i następnie sfabrykowałem taki sam. Tym sposobem zyskałem możność wejścia do jednego przynajmniej schronienia w tej olbrzymiej stolicy, gdzie mogłem być pewien, że mi nikt nie przeszkodzi. Teraz pozostało mi jednak zadanie najtrudniejsze: wciągnąć Drebbera do tego pustego domu.

Drebber szedł pieszo i po drodze wstępował do kilku szynków. W ostatnim pozostał przez prawie pół godziny, a gdy wyszedł, chwiał się na nogach i był widocznie dobrze podchmielony. Tuż przede mną stała dorożka, do której wsiadł. Jechałem za nią tak blisko, że pysk mego konia był od niej oddalony zaledwie o łokieć. Minęliśmy most Waterloo i mnóstwo ulic, aż wreszcie, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, znaleźliśmy się znów przed domem, w którym Drebber dotąd mieszkał. Nie mogłem pojąć, co miał znaczyć ten powrót, co Drebber zamierzał. Ujechałem jeszcze kawałek drogi i zatrzymałem się nieopodal domu. Gdy Drebber wysiadł, dorożka odjechała... Proszę, niech mi pan da szklankę wody. Zasycha mi w gardle, gdy długo mówię.

Podałem mu szklankę wody, którą wypił duszkiem.

— A... teraz mi lepiej — rzekł. — Otóż czekałem z jakiś kwadrans, gdy nagle rozległ się w domu hałas, jak gdyby rozpoczęła się bijatyka. W następnej chwili drzwi otwarły się z trzaskiem i ukazali się dwaj mężczyźni. Jednym z nich był Drebber, a drugim młody chłopak, którego jeszcze nigdy nie widziałem. Chłopak trzymał Drebbera za kołnierz, a gdy stanęli na schodkach przed domem, pchnął go i kopnął nogą tak silnie, że tamten potoczył się na środek ulicy. „Ty psie jakiś! — krzyczał, grożąc mu kijem — Ja cię nauczę lżyć uczciwą dziewczynę!”. Był tak wzburzony, że myślałem, iż zacznie okładać kijem Drebbera, ale on, zataczając się, uciekał, co mu sił starczyło, i ujrzawszy na rogu moją dorożkę, wskoczył do niej i krzyknął: „Do hotelu Halliday”.

Świadomość, że mam go nareszcie w swojej mocy, przejęła mnie taką radością, serce zakołatało mi tak silnie, że obawiałem się, że moje cierpienie spłata mi figla w ostatniej chwili. Jechałem wolno, rozważając, jak najlepiej postąpić. Byłem już prawie zdecydowany wywieźć go za miasto i tam, w jakimś samotnym ustroniu, gdziekolwiek w polu, rozmówić się z nim po raz ostatni, gdy on sam nastręczył mi sposób rozstrzygnięcia sprawy. Ogarnęła go ponowna żądza wódki i kazał stanąć przed szynkiem. Wysiadł, polecił mi czekać i wszedł do środka, gdzie pozostał aż do zamknięcia, a gdy się znów zjawił, był w takim stanie, że miałem go całkowicie w swoich rękach.

Niech sobie panowie nie wyobrażają, że zamierzałem go zabić z zimną krwią. Jakkolwiek byłoby to tylko wymierzeniem sprawiedliwości, nie mogłem jednak się przezwyciężyć. Od dawna postanowiłem, że dam mu sposobność ocalenia życia, jeśli zechce z niej skorzystać.

Pośród licznych zajęć, jakie wykonywałem w ciągu tułaczego życia w Ameryce, byłem też przez czas jakiś posługaczem i preparatorem w York College. Pewnego dnia profesor miał wykład o truciznach i pokazywał studentom jakiś alkaloid, jak go nazywał, który otrzymał z jadu używanego przez mieszkańców Ameryki Południowej do zatruwania strzał. Profesor zapewniał, iż najmniejsze ziarnko tej trucizny powoduje natychmiastową śmierć. Zapamiętałem flaszeczkę zawierającą tę substancję, a gdy wszyscy wyszli, wziąłem niewielką ilość.

Stałem się skutkiem wprawy niezłym preparatorem, z łatwością zatem zrobiłem z owego alkaloidu małe, rozpuszczalne w płynie pigułki, po czym wziąłem pudełeczka i do każdego z nich włożyłem po dwie jednakowe pigułki, jedną zabójczą, a drugą nieszkodliwą. Wówczas to postanowiłem, że gdy nareszcie nadejdzie odpowiednia sposobność, zaproponuję każdemu z moich wrogów, aby wybrali po jednej pigułce, gdy ja połknę tę, która pozostanie. Było to równie śmiertelne, a o wiele mniej hałaśliwe niż strzelanie z rewolweru przez chustkę do nosa. Od owego dnia nie rozstawałem się z pigułkami i oto właśnie nadszedł czas skorzystania z nich.