— Słuchaj no, nie możesz oczekiwać, że ja, mistrz, przyjmę do loży kogoś, czyjej przeszłości nie znam.
McMurdo zmieszał się. Potem wyciągnął z wewnętrznej kieszeni pomięty wycinek z gazety.
— Nie wyda mnie pan? — zapytał.
— Dostaniesz w gębę, jeśli jeszcze raz odezwiesz się do mnie w podobny sposób! — zawołał McGinty z gniewem.
— Ma pan słuszność, panie radco — powiedział potulnym tonem McMurdo. — Proszę o wybaczenie. Nie zastanowiłem się nad swoimi słowami. Wiem, że mogę panu zaufać. Proszę spojrzeć na ten wycinek.
McGinty przebiegł wzrokiem wzmiankę o zastrzeleniu w pierwszym tygodniu stycznia 1874 roku niejakiego Jonasa Pinto, w barze przy Market Street w Chicago.
— Tyś to zrobił? — zapytał, oddając mu wycinek.
McMurdo skinął potakująco.
— Czemu go zastrzeliłeś?
— Pomagałem Wujowi Samowi43 robić dolary. Być może moje nie były tak dobre jak jego, ale wyglądały równie dobrze i były tańsze. Ten człowiek, Pinto, pomagał mi puścić je w obieg... Potem groził, że mnie wyda. Może mnie wydał. Nie czekałem na to. Zabiłem go i dałem nura do tego górniczego okręgu...