— Nie ma w tym nic niebezpiecznego — rzekł, wydobywając z kieszeni długą kiszkę w formie cygara — jest to zwykła rakieta, taka, jakiej używają robotnicy w kopalniach ołowiu, opatrzona na obu końcach automatycznymi zapalniczkami, które powodują wybuch. Twój okrzyk alarmowy na ulicy rozejdzie się prędko. Pójdziesz wówczas w dół ulicą, a za dziesięć minut ja cię już dopędzę. Spodziewam się, że wyjaśniłem ci wszystko zrozumiale?

— Mam zachować się neutralnie na ulicy, zbliżyć się do okna, dojrzeć ciebie w pokoju i nie spuszczać cię z oka, wrzucić tam na twój znak tę rakietę, krzyczeć „pali się!”, a potem czekać na cię na rogu ulicy?

— Tak, to wszystko!

— Możesz więc na mnie najzupełniej liczyć!

— Dobrze. Zatem czas, bym i ja przygotował się do swej roli!

Udał się do swego sypialnego pokoju i za chwilę wyszedł przebrany za miłego, dostatnio odzianego księdza metodystę. Jego szeroki, czarny kapelusz, obszerne spodnie, siwa peruka, miły, łagodny uśmiech i właściwy metodystom wyraz życzliwej, dobrodusznej ciekawości — składały się na wyborną całość. Holmes zmienił nie tylko ubranie. Przekształcił swoje rysy i sposób obejścia nie do poznania.

Kwadrans po szóstej opuściliśmy Baker Street i za dziesięć siódma znaleźliśmy się na Serpentine Avenue. Zmierzchało się już i zapalano właśnie latarnie. Zaczęliśmy przechadzać się przed willą tam i na powrót, czekając na przybycie właścicielki Briony Lodge. Dom miał wygląd zupełnie odpowiadający wyobrażeniu, jakie sobie utworzyłem o nim z opowieści Holmesa, tylko miejscowość była ludniejsza, niż myślałem. Wydawało mi się nawet, że jest ona zbyt ożywiona jak na tak małą uliczkę. Na jednym rogu gawędziła jakaś gromadka próżniaków, na wprost willi szlifierz ostrzył noże na przewoźnym swym przyrządzie, dalej paru żołnierzy romansowało z jakąś służącą. Kilku młodych, eleganckich ludzi, paląc cygara, spacerowało po chodnikach.

— Widzisz, mój kochany — rzekł Holmes — ten dzisiejszy ślub skomplikował nieco sprawę. Fotografia jest teraz obosiecznym mieczem. Nie sądzę, aby pani Irenie zależało teraz tak bardzo na pokazaniu jej panu Nortonowi, a przynajmniej zależy jej na tym akurat tyle, ile księciu na tym, by tę fotografię mogła podziwiać księżniczka Klotylda. Cała rzecz tylko w tym, gdzie ona ją ukrywa.

— A właśnie!

— Jest rzeczą mało prawdopodobną, by zawsze ją przy sobie nosiła. Fotografia gabinetowego formatu jest stanowczo za duża, aby ją można było ukryć z łatwością w sukni kobiecej. Dlatego myślę, że nie ma jej przy sobie.