Ukazały się światła latarni powozowych i małe, eleganckie lando zajechało przed willę. Zaledwie powóz stanął, jeden z kręcących się tam gamoniów przyskoczył, by otworzyć drzwiczki i dostać za to napiwek. Ale drugi miał ten sam zamiar i obaj wpadli na siebie. Wszczęła się głośna kłótnia. Obydwaj stojący nieopodal żołnierze zaraz się do niej wmieszali, stając po stronie pierwszego, zaś szlifierz z przeciwka też się w to wtrącił, broniąc drugiego. Przyszło do starcia, a wysiadająca z powozu młoda dama stanęła niespodzianie wśród gromadki ludzi nacierającej na siebie z podniesionymi pięściami i kijami. Holmes rzucił się jej na pomoc, ale zaledwie wpadł między zapaśników, przewrócił się na ziemię z twarzą oblaną krwią od silnego ciosu. Na ten widok bijący się drapnęli na wszystkie strony i tylko paru przyzwoicie ubranych widzów przypatrujących się tej scenie pośpieszyło damie i jej zranionemu obrońcy z pomocą. Irena Adler skoczyła na stopnie podjazdu willi i obróciła się niezdecydowana ku ulicy, przy czym dojrzałem w świetle latarni jej cudowną istotnie i wytworną postać.
— Czy ten biedny pan jest ciężko zraniony? — spytała.
— On nie żyje! — zawołało parę głosów.
— Nie, nie! Jeszcze oddycha! — rzekł jeden z nich. — Ale sądzę, że będzie po nim, zanim uda się go dowieźć do szpitala.
— Mój Boże! Taki dobry człowiek! — rzekła jakaś kobieta. — Gdyby się nie był wmieszał w tę sprawę, byliby tej pani zdarli łańcuszek i zegarek! To znane rzezimieszki! O, jeszcze się rusza!
— Ależ tu go przecież nie można tak zostawić! — zawołał ktoś. — Czy pozwoli pani, byśmy go wnieśli do domu? Niechże chociaż nie umrze na ulicy!
— Naturalnie, umieśćcie go panowie na dole, w pokoju jest wygodna sofa. Proszę za mną! — rzekła Irena.
Z wolna i ostrożnie wniesiono Holmesa do wnętrza domu i złożono na sofie w eleganckim pokoju na dole. Patrząc przez wielkie okno, obserwowałem uważnie to wszystko, tym łatwiej, że zapalono w pokoju światła, a przez pośpiech zapomniano zapuścić w oknach zasłony. Zadawałem sobie pytanie, czy jego fałszywe położenie i ta dziwna gra nie przyczynia mu teraz jakichś wyrzutów sumienia. Co do mnie, uczuwałem pewien wstyd, myśląc, że knujemy podstęp przeciwko tej młodej, czarującej kobiecie, która opiekowała się Sherlockiem z taką troskliwością. Ale pomyślałem, że cofać się teraz jest już za późno i wydobyłem z kieszeni rakietę. Uspokoiła mnie myśl, że przecież jej się nic złego nie stanie i że przeszkodzimy jej tylko w wyrządzeniu krzywdy innej osobie.
Tymczasem Holmes podniósł się i uczynił taki ruch, jakby mu ciężko było oddychać. Służąca, stojąca obok niego, pośpieszyła otworzyć okno. W tej samej chwili dostrzegłem, że podnosi rękę i cisnąłem swoją rakietę do pokoju, krzycząc co sił „Pali się! Ratujcie!”. Krzyk mój powtórzyły w ulicy natychmiast jakieś obce głosy i mnóstwo ludzi zaczęło się zbiegać. Ogromne kłęby dymu buchnęły tymczasem z otwartego okna pokoju. Widziałem w tym dymie sylwetki ludzi biegających tu i ówdzie z krzykiem i usłyszałem wśród gwaru i hałasu głos Holmesa zapewniający, że alarm był fałszywy. Przecisnąłem się więc przez zbity tłum i poszedłem do rogu ulicy. Nie upłynęło jeszcze pięć minut, gdy zjawił się przy mnie Holmes i w milczeniu ujął moje ramię. Skierowaliśmy się ku domowi. Przez parę minut szliśmy, nie mówiąc ani słowa. Czekałem, aż Holmes zacznie. Nareszcie skręciliśmy w spokojną już ulicę Edgeware Road.
— Doskonale wywiązałeś się z zadania, doktorze! — rzekł wreszcie. — Niepodobna było lepiej tego zrobić. No, teraz już wszystko w porządku.