Tam też udawaliśmy się we trzech dyliżansem.
Major był niezwykle podniecony i z uniesieniem opowiadał nam tysiączne anegdoty o Księciu i o Półwyspie Iberyjskim, których jednak ja tylko naprawdę słuchałem, gdyż Jim wcisnął się w kątek pojazdu, skrzyżował ręce, przyciął usta i siedział milczący, ponury, bez ruchu. Przysiągłbym, że wszystkie jego myśli oplatały się około cudzoziemca i że w duchu zabijał go co chwila, coraz wymyślniejszą, okrutniejszą śmiercią.
Odgadywałem to po złych, posępnych błyskach oczu i po kurczowym zaciskaniu palców.
We mnie był za to chaos i spośród mnóstwa splątanych uczuć nie umiałem wydobyć na jaw prawdy i nieodwołalnie rozstrzygnąć, czy zadowolił mnie ten obrót rzeczy, czym76 może postąpił fałszywie — zawsze bo77 ognisko rodzinne pozostaje rodzinnym ogniskiem i jakkolwiekby źle przy nim było, jakkolwiek szersze życie hartuje i uszlachetnia, zawszeć to ciężko myśleć, iż więcej niż pół Szkocji rozpościera się między tobą i matką i że każda chwila usuwa cię dalej i dalej...
Nazajutrz byliśmy w Glasgow.
Tu major powiódł nas z tryumfem do komendy, przed którą wartował żołnierz z pękiem wstążek przy czapce i trzema galonami na ramieniu. Na widok Jima ukazał w uśmiechu wszystkie zęby i okrążył go po trzykroć, chcąc się zapewne napatrzeć do woli, i tak (co najmniej) uroczyście — jakby to chodziło o zamek w Carlisle.
Potem przybliżył się do mnie, pomacał moje boki, spróbował muskułów i równie rad był, jak przy oglądaniu Jima.
— Ot, czego nam trzeba, majorze! — odezwał się w końcu z radością. — Akurat czego trzeba! Z tysiącem podobnych zuchów moglibyśmy stawić dzielny opór najlepszym żołnierzom Boneya78!
— Jakże tam idzie? — zagadnął pan Elliott ciekawie. — Jak z musztrą?
— Litość bierze patrzeć — odparł rozmowny wartownik. — Siła czasu i wiele pracy upłynie, żeby tam uszło od biedy. Najprzedniejszych zabrali nam do Ameryki, a tu sami prawie rekruci, milicja.