— Tak, tak — przytwierdził major z głębokim westchnieniem. — A pójdziemy na spotkanie wytrawnym, starym żołnierzom. Jeśli będziecie potrzebować wskazówek moich czy innej pomocy — dodał, zwracając się do nas — przyjdziecie do mnie, na kwaterę.

Skinął przyjaźnie głową i oddalił się sprężystym krokiem.

Zaczynaliśmy z Jimem rozumieć, że major, który jest zarazem twoim pułkownikiem, to osobistość zasadniczo różna od majora-sąsiada i prawie przyjaciela ze wsi.

Niech i tak będzie, ale po co was nudzę tym wszystkim?

Zużyłbym sporą ilość najlepszych piór gęsich, gdybym zaczął opowiadać, jak poczynaliśmy sobie z Jimem z chwilą przyjazdu do Glasgow, jak poznaliśmy oficerów, zwierzchników, starszych, towarzyszy i jak każdy w odmienny prawie sposób zawierał z nami znajomość.

Wkrótce nadeszła wieść pewna, że ambasadorowie obradujący dotąd w Wiedniu i ciągle zajęci krajaniem Europy, jakby to było zwykłe udo baranie, lotem błyskawic rozbiegli się do swoich krajów i wszystko, co zawierały — konie, żywność, amunicja, ludzie — wszystko ruszało na Francję.

Z drugiej znów strony opowiadano sobie o ściąganiu wojsk nieprzeliczonych do Paryża, o gorączkowym zbrojeniu się i generalnych cesarskich przeglądach słynnej na całą Europę armii.

Potem gruchnęła wiadomość, że Wellington już w Niderlandach i że nam lub Prusakom wypadnie przetrzymać pierwsze uderzenia gromu.

Rząd nasz, jak tylko mógł najśpieszniej, ładował wojsko na okręty.

Wszystkie porty na wschodnim wybrzeżu zawalone były armatami, natłoczone końmi, amunicją.