Trzeciego czerwca i my otrzymaliśmy rozkaz wymarszu.
Tegoż jeszcze wieczora wsadzono nas w Leith na okręty i nazajutrz o zmierzchu przybyliśmy do Ostendy.
Pierwszy to raz w życiu noga moja stąpiła79 na cudzoziemską ziemię.
I nie tylko ja, gdyż większość moich towarzyszy składała się z młodych, nowozaciężnych żołnierzy.
Zdaje mi się, że jeszcze widzę te ciemnoszafirowe wody, lekko sfałdowaną linię powrotnych bałwanów morskich, rozbijających się o skały, wydłużone, żółtawe wybrzeże i dziwaczne jakieś młyny z poruszającymi się bez końca ramionami, których na lekarstwo daremnie szukałbyś we Szkocji.
Miasto było czyste i utrzymane nadzwyczaj starannie, jak może żadne ze szkockich, ale nie znalazłbyś tam ani mocnego, angielskiego piwa (ale), ani doskonałych, owsianych placuszków.
Wojska udały się stamtąd do Bruges, a potem jeszcze do Gandawy, gdzie pułk nasz połączył się z 52. i 95. pułkiem i teraz już stanowiliśmy pełną brygadę.
Gandawa uczyniła na mnie bardzo podniosłe wrażenie, pokrywa ją coś niby tajemnicza pleśń minionych wieków, imponują dzwonnice i potężne kamienne budowle i gmachy.
A jednak we wszystkich owych miastach, w których zdarzyło się nam gościć, nie zauważyłem ani jednego kościoła tak pięknego, jak nasze, choćby na przykład w Glasgow.
Z Gandawy obróciliśmy pochód na Ath, niewielką wioseczkę położoną nad brzegiem rzeki, a raczej wąskiej strugi ochrzczonej mianem rzeczki Dender.