Mimo woli uczyniło mi się zimno, lecz zauważyłem w tejże chwili, że kilku starszych żołnierzy uśmiecha się dziwnie i zaraz nieznośny ciężar spadł mi z piersi. Już wiedziałem, że krotochwilny sierżant chce tylko ubawić się kosztem naszego przestrachu.
Zacząłem śmiać się także, młodsi koledzy poszli za moim przykładem, a jednak w gruncie rzeczy wesołość nasza nie była, nie mogła być szczera. Toż zbliżaliśmy się wielkimi krokami ku bitwie i kogóż z nas nie dręczył niepokój o jutro?
A słońce wzbiło się nad głowami wysoko i dopiekało strasznie, wkrótce też zarządzono postój w miejscowości noszącej miano Hal.
Znaleźliśmy tam starą, opuszczoną pompę i pompując niezmordowanie, dobraliśmy się na koniec do wody. Jeden z pierwszych napełniłem kaszkiet ożywczym, chłodnym płynem. Najpiękniejszy dzban szkockiego ale nie smakował mi tak bosko, jak ta mętna trochę woda.
Przed nami bez końca ciągnęły armaty, potem przeszła husaria Viviana: trzy pułki dumnie jadące na skarogniadych, prześlicznych wierzchowcach.
Prawdziwa uczta dla oczu.
Tymczasem w dali grzmiały armaty głośniej, coraz głośniej, prawie nieprzerwanym hukiem, mnie zaś poczynały grać nerwy i we wspomnieniach wstawała jak żywa ta chwila, taka, zdaje się, niedawna, gdym84 z kochaną dziewczyną przy boku podziwiał walkę handlowego statku z korsarzami.
A grzmot szedł tak potężny, iż zdawało się prawie, że biją się tuż, po drugiej stronie najbliższego lasku, dopiero sierżant rozwiał nasze wątpliwości.
— Bitwa jest o dwanaście, piętnaście może mil angielskich — oznajmił stanowczo. — Za to ręczę. Generał musi zresztą wiedzieć, że tam obejdą się bez nas, gdyż w przeciwnym razie nie popasalibyśmy w Hal. Możecie wierzyć staremu, robaki.
I rzeczywiście mówił prawdę, bo wkrótce podjechał ku nam pułkownik i wydał rozkaz stawiania broni w kozły i rozłożenia biwaków.