Wargi mu zsiniały jeszcze więcej, dolna szczęka opadła i odsłoniła usta, z których błysnęły dwa rzędy zębów białych jak kły wilka.

— Boże! On kona! — wyszeptał Jim ze współczuciem. — Prędko, Jocku, prędko! Biegnij do strumienia i przynieś mi wody w kapelusz! Prędko, mówię ci, albo nie uratuje go już żadna siła! Rozbiorę biedaka tymczasem!

Co tchu kopnąłem się pomiędzy drzewa i w kilka sekund byłem już z powrotem, spełniwszy co do joty polecenie.

Horscroft rozpiął mu ubranie i odsłonił wykwintną koszulę.

Potem energicznie spryskał całe ciało wodą i troskliwie, po kilkakroć zwilżył wyschłe wargi.

Starania jego odniosły nadspodziewanie prędko pożądany skutek, gdyż nieznajomy odetchnął głęboko, dźwignął się i z wolna jął przecierać oczy jak człowiek budzący się ze snu twardego.

Wracał do życia, my zaś, ochłonąwszy z chwilowego przerażenia, osłupiałym wzrokiem mierzyliśmy jego pierś odkrytą.

Widniały bowiem na niej dwa straszliwe, czerwone wgłębienia, jedno pod obojczykiem, drugie mniej więcej pośrodku prawej strony ciała.

A skórę miał tak delikatną i białą, jak u dziecka, co tym dziwniej odbijało przy ciemnej, ogorzałej szyi i tym zdawało się bielsze przy krwawych, pomarszczonych bliznach.

Stojąc, mogłem doskonale zauważyć, że na plecach ciemniała również taka szrama, kierunkiem odpowiadająca jednej z tych, które znaczyły piersi.