— Mamy, ale jak nam co trzeba u wendysty, patrzym na ręce i idziem na robotę; a taki borowy będzie marł głodem, a nie pójdzie. On patrzy herwy.

— Cóż siejecie?

— To, co i u nas. Koło domu warzywo, a dalej ziemniaki, żyto i milię.

— Powinniście sadzić bawełnę — zaczyna ksiądz Anzelm i długo, szeroko, rozwlekle opowiada o korzyściach bawełny.

Chłop słucha, potakuje duchownej osobie, ale swoją drogą mówi na każdy zarzut:

— My znamy się z tym, co siejemy; może tamto i lepsze, ale co swoje, to swoje.

Zajeżdżamy na popas82 do wendysty Niemca, który swoją główną izbę przyozdobił portretami całej generacji Hohenzollernów83 i jaskrawo kolorowanymi arkuszami żołnierzy pruskich.

Przed nami las po obu stronach drogi mieni się odcieniami zieleni.

Chcę wreszcie być sam, biorę rewolwer i idę naprzód. Po chwili słyszę tupot pospiesznych kroków, odwracam się: to poczciwy, dobry ks. Anzelm, który dysząc ciężko, mówi z przerwami:

— Oddaj pan rewolwer... oto laska kochanego pana, to lepsza broń na węża... oddaj pan... albo lepiej ja pójdę z panem, trzymaj pan rewolwer, a ja laskę, łatwiej się obronimy.