— Nie, ino gad był na drzewie, a on go potrącił.
— A zwierzyny w lasach dosyć?
— At, co ta za zwierzyna tutaj: świnie i kociska! Ale spyta pan Grzeli, ten rozpowie, bo temu las zawsze pachnie — i wskazał ręką jeźdźca, który krótkim galopem (to zwykły chód tutejszych koni) zbliżał się do domu.
Wkrótce podała gospodyni obiad; była kura gotowana, czarna fasola, nazywana z portugalska fejżonem (feijao), z mięsem suszonym, zwanym przez kolonistów siarką (port. charque, mięso wędzone i osolone). Był w gościnie Grzela, a później przybyli konno trzej inni osadnicy, wszyscy uzbrojeni w faki i pistolety. Ludzie z poczuciem samodzielności, z ruchami przyjemnymi, ubrani po miejsku, czysto i dostatnio.
— Cóż tak zbrojno? W biały dzień?
— Kto ta wie, co kogo może spotkać: albo buger zajdzie z boku, albo borowy zacznie zwadę.
— No i biszo się trafi — zaśmiał się Grzela.
— Co to jest biszo?
— Tak Brazyluchy nazywają zwierza.
— Po cóż wyraz brazylijski?