— Jakże panu idzie interes? — pyta pan Bielecki z notesem w ręku.

— Hm... kaszas, piwo, drobne rzeczy idą jako tako, ale łokciowe108 jak z kamienia.

— I dlaczegóż to?

— Moda, panie... Wszystko u bab robi moda — westchnął ciężko, rozkładając ręce na znak bezsilności.

— Należałoby się zastosować...

— I ja to wiem... Ot, przed rokiem cioteczna żony przywiozła z kraju dwie paki towaru... Panie! W ciągu dwóch dni utargowałem tysiąc dwieście milreisów — opowiada z błyszczącymi oczyma. — Te spódnice, fartuszki, jubki, chustki, to wszystko z mojej wendy... a teraz ani zajrzą do mnie.

— Będzie lepiej — mówi pan Dmowski z miną Anglika, którego słowo oznacza czyn. — Towar się sprowadzi i za rok, za półtora, dostanie go pan w Kurytybie.

— Daj Boże, daj Boże...

Do wendy wszedł kolonista, kupując drobnostki dla dzieci: dziewczyna lat 12, chłopak może 14.

— Ojciec, a dzieci chodziły do szkoły?