— Hawok111 byście zobaczyli mój ogródeczek, aż się serce radowało... a tu, ot i spojrzeć nie ma na co.
Po obiedzie ksiądz wziął skrzypce do ręki, śpiewa o „Janosiku”, o „wirchach” i „halach”, a z twarzy i ruchów widać, że go zjada tęsknota do swoich.
Przy czarnej kawie weszła i siostra księdza.
— Co proszę?... Panowie do nas?... To może i Lwów znacie? — zaśpiewała przeciągle. — Bo dla mnie Lwów, taj daruję wszystko.
Tę tęsknotę do swoich, do kraju, mniej lub więcej uzewnętrznioną, spotyka się wszędzie u kolonistów.
Natury tutejszej koloniści nie lubią, nie zżyli się z nią, wydaje im się wroga, niemiła. Liczne węże, jaszczury, napełniają ich trwogą; dokucza im mnóstwo owadów zjadliwych lub obrzydliwych, jak wielkie karaluchy brazylijskie barratas, bardzo liczne i mnożne (Blatta orientalis), fruwające, a dochodzące do 7 cm długości; moskity drażniące; matucos, gatunek bąków, składających jajeczka pod skórą ukąszonego; szkodliwe mrówki (Formica cephalotes); małpy, niszczące zasiewy, i wielkie koty drapieżne.
— Co tu lubić w tej Brazylii?... Aby nie ziemia dobra, to tylko splunąć i uciekać.
Po ogródkach u naszych kolonistów spotyka się niemal wszędzie malwy, bratki, fiołki, modraki, laki i lewkonie, wyrosłe w drzewka, chociaż wokoło mają pysznie ubarwione kwiaty. Jedynie drzewo mirtowe, oleandry i fuksje przyjęli z tutejszej flory.
*
Wiezie mnie Pikusa, młody, dzielny, wesoły kolonista, wasągiem w lic. Powozi śmiało, z fantazją krakowską, strzela przy mijaniu z bata jak z pistoletu.