Młody graf aż pobladł z gniewu, położył rękę na szpadzie, ale pomiarkował się, musnął tylko wąsika i na zaproszenie chorążyny siadł do skromnego posiłku.

W rozmowie oświadczył Niemiec, że Karol XII, król szwedzki, już wkroczył na Litwę i przysłał posłów do księcia Brandeburgii z propozycyą wspólnego uderzenia na Rzeczpospolitą. Książe wzdraga się jeszcze, ale co znamienitsze rycerstwo ochotnie idzie pod sztandary protestanckiego króla.

— A waszmość, panie grafie? — spytał chorąży.

— Jeszcze nie wiem, — odpowiedział Niemiec patrząc mu w oczy śmiało. — Jeżeli znajdę tu, w Polsce krewnych, pójdę na Szwedów, uchybią zasię mej godności, to o lekarstwo przecież nietrudno.

— To jest tak, panie grafie — przerwał żywo chorąży — kto nie chwyta za ogień, ten się nie poparzy.

— Ja też nie po ogień, ale po ochłodę przyjechałem.

I już miał powstać, by uczynić wyznanie afektów, gdy drzwi się otworzyły, i wszedł Michał Ziembiński, donosząc chorążemu o przybyciu posłańca z pilnym listem.

Graf, który z dawniejszej bytności znał Ziembińskiego, zwrócił się do niego z zapytaniem:

— Mości panie Ziembiński, a nie znacie wy Jakubowskiego?

— Znam, albo co?