— Nikt nam i tu nie przeszkodzi.

Klasnął w ręce i pachołkowi wchodzącemu dał polecenie:

— Pilnuj, by nikt tu nie wszedł aż do mego rozkazu.

— Zaczynaj mości grafie, słuchamy!

Ubodło to Niemca, że nie poproszono go do bawialni, że panny nie było przy stole, i że niechętnie go podejmowano; zmarszczył brwi, wstał i zwracając się do obojga małżonków, przemówił:

— Nie tajno państwu, że córka ich starsza jest przedmiotem mych sentymentów małżeńskich. Przodkowie moi dobrze się zasłużyli, gdy cesarz niemiecki udarował ich tytułem grafowskim. Jestem młody, zdrów, bogaty i gdybym zechciał, nie odmówionoby mi nawet księżniczki. Lecz serce nie sługa, i oto amor ślepy zranił je, wypuściwszy strzałę z oczu panny chorążanki. Jako sąsiad wiem, że ród wasz dobry i stary; postanowiłem tedy ożenić się z nią i muszę się ożenić. W tym celu poprosiłem na swata człowieka, przez Polaków szanowanego, jest bowiem kasztelanem, senatorem u was; ale on nie potrafił widocznie przedstawić mojej sprawy dobrze, gdyż otrzymał nie dość jasną waszą odpowiedź, przyjechałem tedy sam, bo przez posłów wilk nie bywa syty.

Umilkł na chwilę, a chorąży, który z gniewu to bladł, to czerwieniał, wstał z krzesła i krzyknął:

— Mości grafie! dość tych słów! Jedziesz waszmość fałszywą drogą, wskażę ci więc prawdziwą. Dziękuję, a nawet uznaję zaszczyt starania się waszmośćpana o rękę mej córki, ale nigdy ona nie zostanie waszą żoną, panie grafie, bo jest katoliczką i Polką.

Zabłysły oczy Niemca, który, mierząc pogardliwym wzrokiem chorążego, rzekł drwiącym tonem:

— Uspokójcie się, panie chorąży. Nie chcecie mi dać córki z dobrej woli, to i dobrze. Ja zrobiłem, co do mnie należało, prosiłem was o rękę panny Anieli... a resztę zostawmy przyszłości.