Jak rzekł, tak uczynili. Oboje weszli na strych. On stanął w jednym kącie, ona w drugim. Zaczęli się modlić. I oto na niebie pojawiła się chmura, najpierw od strony kąta, w którym stała jego żona, a potem dopiero od strony jego kąta. Kiedy zeszli ze strychu, Aba Chilkija zapytał swoich gości:

— Szanowni panowie, z czym do mnie przyszliście?

— Przyszliśmy w imieniu Żydów z prośbą, żebyś wymodlił deszcz.

— Bóg już sprawił, że nie musicie u mnie zabiegać o deszcz.

— Nie wmówisz nam przecież, że to nie dzięki tobie spadnie deszcz. Wiemy, że bez ciebie się nie obejdzie. Poza tym proszę nam wyjaśnić, dlaczego tak niegrzecznie zachowałeś się wobec nas. Zaiste trudno nam to zrozumieć. My pozdrowiliśmy cię z szacunkiem i serdecznością, a ty nie okazałeś nam najmniejszej życzliwości.

— Pracowałem jako wynajęty na dniówkę robotnik. Nie miałem prawa zmarnować nawet chwili czasu na rozmowę.

— Dlaczego włożyłeś na jedno ramię worek z wiórami, a na drugim niosłeś płaszcz?

— Bo płaszcz nie należał do mnie. Wypożyczyli mi go tylko do noszenia, a nie do czegoś innego.

— Dlaczego przez całą drogę chodziłeś na bosaka i dopiero przy strumyku nałożyłeś buty?

— Na drodze widać, na czym stawia się nogi, ale w wodzie tego nie widać i łatwo się można skaleczyć.