— To już moja rzecz.
Po dziesięciu godzinach dotarli na miejsce, które ze wszech miar nadawało się do rozbicia obozu. Najmłodszy zaproponował braciom zatrzymać się tu na nocleg.
— Miejsce — powiedział — jest dobre, jest woda do picia, suche drzewo do rozpalenia ogniska i trawa dla koni. Przenocujemy tu, a jutro skoro świt, przy Bożej pomocy, wyruszymy w dalszą drogę.
— Głupi jesteś — odpowiedzieli mu bracia. — Oddając żywą gotówkę za mądrość Salomona, utwierdziłeś nas w tym przekonaniu. My jedziemy dalej. Nim zapadnie noc zdążymy przemierzyć jeszcze co najmniej pięć mil. Zachowaj twoją radę dla siebie.
— Róbcie, jak chcecie. Ja zostaję tutaj na noc.
Bracia zostawili go i pojechali. On zaś zbudował sobie szałas. Ugotował posiłek i ułożył się do snu.
Tymczasem noc dopadła braci w drodze. W ciemnościach nie mogli znaleźć paszy dla koni. Nagle spadł śnieg i zrobiło się chłodno. Nie zdążyli zabezpieczyć sobie schronienia i zamarzli na śmierć. Najmłodszego, jak widać, śnieg i zimno nie zaskoczyły. Miał zawczasu przygotowany szałas i dosyć drzewa dla podtrzymania ognia w palenisku.
Po przespanej nocy, skoro świt wstał, nakarmił konia jęczmieniem, zjadł gorący posiłek i ruszył w drogę. Po kilku minutach natknął się na ciała zamarzniętych braci. Rozpacz jego nie miała granic, ale długo pozostać na miejscu nie miało sensu. Wykopał grób i zgodnie z obyczajem pochował braci. Pozostawione przez nich pieniądze włożył do torby i pojechał dalej.
Tymczasem wzeszło słońce i śnieg stajał. Woda z roztopionego śniegu wypełniła koryto rzeki po brzegi. O przejściu nie mogło być mowy. Młodzieniec zsiadł więc z konia i czekając, aż woda opadnie, zaczął chodzić wzdłuż brzegów, aby znaleźć odpowiednie miejsce do przejścia. Tu natknął się na grupę sług Salomona, którzy prowadzili dwa osły objuczone workami złota. Nie bacząc na gwałtowny prąd rzeki i na ostrzeżenie młodzieńca, słudzy Salomona weszli do wody, która natychmiast ich pochłonęła. Na brzegu zostały osły z workami złota. Nasz młodzieniec cierpliwie doczekał się opadnięcia wody w rzece, po czym wziąwszy za uzdę osły ze złotem, przeprawił się na drugi brzeg.
Kiedy przybył do domu, szwagierki od razu zapytały go, gdzie są ich mężowie. Nie chcąc ich zasmucić, powiedział, że zostali na dworze króla Salomona, aby dalej się kształcić. Sam zaś zabrał się do robienia interesów. Pieniądze i złoto miał, więc nietrudno mu przyszło skupowanie gruntów i sadów. Założył hodowlę bydła i zaczął handlować na szeroką skalę. Wybudował również dla siebie i rodziny kilka pałaców. Żona, która znała dawny stan posiadania swego męża, ze zdziwieniem zapytała go: