Serce ostygło jej w piersiach, bez słowa zwaliła się do stóp króla. Wziął ją w ramiona i pocałował łagodnie; pomału odzyskała życie.
— Miła przyjaciółko moja, co ciebie dręczy?
— Królu, boję się: ujrzałam cię w takim gniewie!
— Tak, wróciłem zgniewany z łowów.
— Och, panie, jeśli kto z łowców pogniewał cię, żali się godzi tak brać do serca poswarki myśliwskie?
Marek uśmiechnął się na te słowa.
— Nie, miła, nie łowcy mnie zgniewali; ale trzej zdrajcy, którzy od dawna nas nienawidzą. Znasz ich: Andret, Denoalen i Gondoin; wygnałem ich z mej ziemi.
— Panie, cóż złego odważyli się rzec o mnie?
— Cóż ci o to? Wygnałem ich.
— Panie, każdy ma prawo rzec, co myśli. Ale ja równie mam prawo znać oskarżenie miotane przeciw mnie. I od kogóż się dowiem, jeśli nie od ciebie? Sama w tym cudzoziemskim kraju, nie mam nikogo prócz ciebie, panie, kto by mnie bronił.