Ja nie miałam już dawno pantofli, pozostałam się więc na tyle świąt w dziurawych, lichych, przez które mi palce widać było u nóg.
Wigilijny dzień już był, lecz ja, gdy pomyślałam o tylu świętach i spojrzałam na moje strasznie wyglądające pantofle, wprost szał rozpaczy mnie ogarnął, a przed świętami sprzedała mama swoje palto za 15 zł, bo mówi: „Trzeba będzie co do jedzenia na święta kupić”, lecz ja w tej rozpaczy wzięłam matce te 15 zł i chcę iść kupić pantofle, a matka w płacz, mówi i prosi: „Ty kupisz pantofle, a co będziemy jeść przez tyle świąt”, a ja na to: „Mamo, wolę nie jeść, wolę kartofle z barszczem jeść przez święta, aby mieć pantofle! Jakżeż ja się pokażę gdzie, chociażby tylko do kościoła” — i nie zważając na okropny płacz matki, pobiegłam do miasta. A w mieście druga przykrość, jeszcze większa od poprzedniej. Chodziłam w starym rynku od sklepu do sklepu, aby za 13 zł kupić ładne i w dobrym gatunku pantofle, a za 2 zł pończochy, bo nie miałam, tylko jedną i to dziurawą parę, lecz Żydzi, jak to Żydzi, widzą, że przyszłam w dziurawych pantoflach i mało co już w początek świąt, więc drożyli się bardzo, cenili za pantofle 28 zł, ja nie chciałam tej ceny słyszeć, bo wiedziałam, ile mam pieniędzy, a gdy Żydom powiedziałam 13 zł, to mi pokazano jakieś stare z ordynarnego materiału pantofle, lecz ja wybierałam ładne i z dobrych gatunków, przez co jest rzeczą zrozumiałą, że z każdego sklepu wychodziłam, lecz Boże drogi! Ci Żydzi wtedy uznali mnie, że ja chodzę może ukraść, co bardzo mnie obraziło, gdyż pomimo mej nędzy nigdy myśl nawet kradzieży nie postała w mej głowie, chodzono więc do każdego sklepu za mną, chodzili kupcy z tych sklepów, co wpierw tam byłam, obejrzałam i nie kupiłam. Ja ze swej strony domyślałam się, że coś na mnie myślą, lecz gdy poszłam do czwartego już sklepu, tam weszli oni i przypatrywali się mojemu wybieraniu, lecz moja cena śmiech wzbudziła w tym sklepie; był to jakiś większy skład obuwia. A później zaczęli ci Żydzi szwargotać16 pomiędzy sobą, niektóre wyrazy zrozumiałam, mówili do siebie, żeby mnie pilnować, bo może ja chcę ukraść. Było to, com usłyszała, czemś17 okropnym dla mnie, i nic nie mówiąc, chcę wyjść z tego sklepu, lecz Żydówka podchodzi do mnie ze słowami: „Czy pani chce kupić, czy tylko tak dla jakiegoś szczęścia chodzi?”. Zrozumiałam, co chciała powiedzieć i co miała na myśli, bardzo mi się przykro wtenczas zrobiło, proszę wierzyć, że teraz na wspomnienie tego i przy pisaniu tego zajścia musiałam znowuż płakać. Mówię więc do niej: „Cóż Pani myśli, że ja przyszłam dziś po sprawunki i zabrałam ze sobą sto zł, co Pani mi takie ceny podaje niemożliwe, mam tylko 15 zł, z nich za 13 chcę kupić pantofle, a za 2 zł pończochy, te pieniądze są z palta, któreśmy sprzedali, ażeby mieć za co kupić coś na święta, wie pani, że jeść nie będę miała co z matką i z bratem, tam w domu matkę zostawiłam płaczącą dlatego, że przez moje pantofle nie będzie miała co jeść przez święta”, i na wspomnienie, że ona tam płacze w mieszkaniu, ból wielki zatargał mym sercem... wybuchłam niedającym się powstrzymać płaczem... (trudno mi się i teraz powstrzymać, i znów łzy). Kupcy z tego sklepu i z innych sklepów stali oniemiali, a ja płakałam. Zrozumieli moją nędzę, zaczęli mówić do siebie, jaka to nędza panuje u ludzi, pytają mnie się, gdzie mam ojca, mówię im, że odszedł i żyje z kochanką, pytali, czy nic dla domu nie daje, mówię nic. Dziwili się bardzo, bardzo. Widać, że u Żydów takie coś należy do rzadkości, jak odejście męża i życie z drugą, bo u nas to jest na porządku dziennym, to mnie już wcale nie dziwi, jest mi obojętne, nie sądzili już wtedy mnie za złodziejkę, lecz byli wzruszeni mą dolą, ale pewno, że nie mogli sprzedać za te pieniądze dosyć ładnych pantofli, bo stali bezradni, lecz po chwili do sklepu wszedł jakiś burżuj tłusty, ubrany w futro, wszyscy subiekci18 ze sklepu kłaniali mu się, był to właściciel tego składu obuwia. Spostrzegłszy mnie, pyta się ich, czego ja płaczę, oni powiedzieli, lecz on był widać litościwym człowiekiem, zapytał, które wybrałam pantofle, zapakował mi je sam, wziął 13 zł i miałam to, com pragła19. Lecz nie cieszyłam się wcale, wiedziałam, że nimi uciechy nie sprawię matce. Tak też i było, znowuż płakała, żem kupiła... łzy za mną goniły matki, gdy wychodziłam, za łzy je kupiłam, łzy mnie przywitały, gdy do domu przybyłam. I nie było już dla nas wesołych świąt. Ja ze swej strony, choć pragnę bardzo matce dopomóc pieniężnie, lecz w żaden sposób nie mogę. Kilka razy byłam za przyjęciem do pracy w fabryce, gdzie dawniej pracowałam, lecz ani sobie mówić nie dano o przyjęciu, gdyż jeszcze wciąż redukują, tak trudno jest o pracę. A jednak był taki majster z tej fabryki, co miał w przeciągu tygodnia mnie wkierować do pracy, lecz żądał takiej zapłaty, jaką uczciwa panienka dać nie może. Znałam też paru mężczyzn, którzy chcieli mi ofiarować znaczną pomoc pieniężną, lecz w zamian żądali, abym ja sobą oddawała, lecz ja wolałam nędznie chodzić ubrana, nędznie jeść, aby tylko w drogę hańby nie wkroczyć, bo łatwo wstąpić w złą drogę, ale zawrócić z niej niełatwo...
I kończąc już w streszczeniu opisaną nędzę mą, na koniec dopiszę coś, co będzie ważnym momentem mego życia, a może i tragedią...
Teraz w tym okresie zimy jestem w najgorszym położeniu, jak też i moja rodzina. Mama już dawno nie pracuje, zapomogi pieniężnej nie bierze, bo dnie niewyrobione na zasiłek. Wystarałyśmy się z komitetu o żywność, bierzemy więc trzy kilo mąki żytniej, pół kilo cukru i trochę słoniny, to musi wystarczyć na tydzień, jest więc nędza, a mnie już rozpacz bierze być w domu i patrzeć na tę matkę, jest ona już taka nędzna! Zdawałoby się, że ciała na niej nie ma, a tylko kości skórą powleczone... A przy tym często narzeka, że ją w piersiach boli i czasem krwią pluje... Ja już nie wiem, co robić. Pisałam przez dwa razy do ojca z prośbą o mały datek pieniężny, błagałam, że gdy kiedykolwiek będzie mnie stać, to zwrócę ojcu z procentem, i żebrałam o litość nad naszą nędzą, nade mną, ja, com jest jego dzieckiem pierworodnym i wiernym obrazem jego twarzy, nic nie pomogło, nawet nie raczył odpisać, a pewna jestem, że odebrał listy, bo dowiedziałam się od pewnej osoby. Ja wiem, nic nie przyśle, ja znam ojca i znam powód jego kamiennego serca do mnie. Szanowni Panowie! Mój ojciec jest potworem! Nie będę tu odsłaniać jednej strasznej tajemnicy z mych dawnych... prawie że dziecinnych lat... Lecz gdym była w przeszłą zimę u ojca w Mysłowicach, nie chciał mi dać grosza na nic, a chociaż ma jego kochanka, ojca pieniądze trzyma ona mocno w swych rękach, wreszcie nie chciał mnie żywić, chociaż jest żywności pod dostatkiem, wygnał więc mnie do Żydów na Modrzejów20 na służbę... A co było powodem? Ot to, że nie chciałam stać się ojca kochanką, takie to żądania ojciec czterdziestopięcioletni miał do swej córki dwudziestoczteroletniej. Powiedział, że gdy się zgodzę, wszystko mi posprawia i mogę na zawsze pozostać u niego, lecz gdy się nie zgodzę, na nic mi nie da pieniędzy i żywić mnie nie będzie. Kochanka jego o tym nie wiedziała, nie śmiałam jej powiedzieć, czego chciał ojciec ode mnie, i bałam się, boby mnie chyba zabił, lecz on do niej mówił, że nie chce mnie żywić dlatego, żem pełnoletnia, a właściwego powodu nikt nie wiedział, tylko Bóg i ja! Więc poszłam na służbę, aby zarobić na sukienkę, której nie miałam, na kolej do domu i matce co przysłać, bo także była bez pracy i bez pieniędzy w przeszłą zimę.
Och, ileż ja tam łez wylałam u tych Żydów! Ile upokorzenia zniosłam ja, com taka dumna jest, ileż to razy w wolnych chwilach szłam do kościoła przed wizerunek Ukrzyżowanego Chrystusa... i tam szeptałam swe żale, i u stóp krzyża siałam swe łzy... (łzy mię21 teraz dławią i płyną na to wspomnienie), a ileż listów do matki pisanych we łzach: „Mameńko droga! Ty nie wiesz, jakie ja piekło przechodzę!”. Częste były te słowa, a matka znów płakała nad mymi listami, lecz też nie wiedziała prawdziwego powodu, co mnie zmusiło do służby. Dziwno było nieraz tej Żydówce, gdy często przy jakimś domowym zajęciu wybuchałam płaczem, a gdy mi się spytała22 powodu mych łez, mówiłam, że z tęsknoty za matką płaczę, lecz właściwego powodu łez nie powiedziałam. Rozpaczą moją było, że ojciec pieniędzy ma dosyć, co dzień jest w kinie, je dobrze, a ja muszę służyć komuś przez ojca potworną, zwierzęcą naturę! Gdy z nastaniem wiosny wyjeżdżałam do matki, ojciec był zły dla mnie za mój opór i zły się pozostał, nie dziwię się więc, że mi nic nie chce i teraz dopomóc, a ja nie mam żadnych lepszych widoków na przyszłość, tylko czeka nas może wyrzucenie z mieszkania (nie płacimy dwa lata) i nędza, i wciąż nędza... Za daleko odbiegłam od tematu, od opisu o przyszłej tragedii życia. Moją straszną tragedią życiową będzie wyjście za mąż bez miłości. Bez miłości to jeszcze nic, łatwo się z losem pogodzić, lecz gdyby z kariery, lecz to nie będzie karierą, lecz barierą. Otóż tak: jesienią jeszcze poznał mnie chłopiec, widział mnie parę razy na tej ulicy, gdzie mieszkam, i napisał kilka listów, zanim się zdołał ze mną zobaczyć, gdyż ja nigdzie nie chodzę po spacerach ni po zabawach, tylko wciąż w domu. Więc gdy mnie bliżej poznał, spodobałam mu się bardzo, gdyż prawdę mówiąc, jestem ładna, każdemu się podobam, zwą mnie hiszpanką albo cyganeczką, ja zwię23 się szatynką, lecz ludzie mówią, żem brunetka, a co najbardziej każdego zachwyca, to moje oczy. Są one ciemnopiwne, prawie czarne, duże, z wyrazem bezgranicznego smutku i bólu... o, bo też dużo te oczy widziały i dużo cierpienia przeszła dusza tych oczu, dlatego też wiecznie są zadumane, smutne, a rzadko wesołe. Od czasu poznania mnie ten chłopiec odporu nie daje, tylko się żenić i żenić chce. Nie miałam życzenia z początku ani nawet w myśli mi nie było postało wyjść za kogoś brzydkiego, biednego, lecz matka jego pracuje na trzy dni w tygodniu, on też czasem zarobi parę groszy, mieszkanie mają duże, wynajęte, matka jest wdową, oprócz niego jest jeszcze trzech braci w domu. Wiem, że tam też nie rozkosz, lecz oni mnie proszą wciąż, iż utrzymanie mi dadzą, wesele wyprawią, wszystko mi kupią do ślubu i żebym się nie martwiła, że nie będę miała co jeść, tak mi mówi matka jego, więc się zdecydowałam i wyjdę za niego, bo mnie przeraża to życie bez opiekuna w tej nędzy, a mężczyzna prędzej może pracę dostać niż ja. W końcu stycznia ma być mój ślub, wszystko kupują do ślubu, a nawet pierzynę będę jej mieć, bo moja matka mi nic nie da, a wyrzeka się mnie, iż wychodzę za człowieka brzydkiego i bez majątku. Wiem, że przykro mej matce, która tyle słyszała pochwał dla swej córki i dumna jest ze mnie, a teraz ona wciąż płacze i wprost gwałtownie siwieje z tej rozpaczy, że traci jedyną, ukochaną nad wszystko córkę... Mówię do matki: „Mamo, trzy drogi mam do wyboru, jedna jest droga hańby, z której można żyć, lecz którą iść nie chcę, druga — śmierć, a trzecia droga — wyjść za mąż”. A Matka mi odpowiada: „Wybierz lepiej śmierć, to będę wiedzieć, żeś nie jest dla nikogo i będę cię chociaż w trumnie widzieć, a tak to większa rozpacz, że jedynej córki ślubu nie będę widzieć”.
Więc ślub będę brała jak sierota, bez ojca i matki... I cóż za życie będzie? Ja nie wiem... bo żeby chociaż był ładny, tobym jakąś przyjemność czuła do niego, a tak to nie chcę nawet blisko siedzieć przy nim, nie chcę, żeby jego dłonie pieściły me ręce... a co dopiero będzie, gdy jego ręce po ślubie będą chciały pieścić mnie?... Bo teraz jest bardzo nieśmiały do mnie, gdyż czuje on ten chłód lodowaty, jaki wieje ode mnie, on wie, że ja go nie kocham i nawet nie lubię, i nic sobie z tego nie robi, a tylko chce jak najprędzej ślubu... Ja znowuż lękam się ślubu... bo co z kochanym człowiekiem jest upragnionym szczęściem... to z niekochanym czemś okropnym! Nieraz u jego matki gdy jestem, to często dłonie splotę, a z ust wybiegną słowa: „Boże, och, Boże!”. A ileż ja razy w domu płaczę... i ileż jeszcze płakać będę? I wiem, że przed ołtarzem, gdy będziemy klęczeć do ślubu, to łzy popłyną mi z oczu...
Przez nędzę... życie zwiążę z człowiekiem niekochanym, a później... Bóg wie, jakie życie mnie czeka, a może później pokocham kogoś i będę pragła należeć do tego człowieka, lecz będzie już za późno. A żyć tak dalej nie chcę bez opieki, bo czuję, że mogłabym życie odebrać sobie z tej nędzy... I znów często biegnę do kościoła w Częstochowie, przed krzyżem Chrystusa Pana chylę zbolałą skroń...
I skarży się dusza stroskana i błaga o zbawczą dłoń...
Łzy z oczu padają u Chrysta24 stóp...
Z usta biegnie prośba półgłosem...