nocuje twój moll, dziewczynko. W ciemni się trzęsiesz, na słońcu
prześwietlasz te klisze. Więc jeśli rankingować strachy, słowo mąż
wysunie się wyraźnie na czoło, a przez czoło przecież lepiej jest
przeciągnąć kosmyk,
jak wtedy, kiedy przy jakiejś poręczy chciałaś się całować, ale
zabrakło ci, bo ja wiem, wdzięku, odwagi, zamaszystej kiecki. Och, wiem
— wolisz sama wbijać w siebie choćby wykałaczki,
bo jedna wiesz, jak daleko stąd do płynnego życia, na które nie
masz żadnego dowodu. I chociaż zakładam, że kłamiesz — ty kłamiesz.
W jakimś letnim parku, na ławce w półcieniach, grzebiesz sobie w oku