na mych obrusach tak wiele pozostaje

Przyjdźcie do tej, co ciągle się rozdrapuje

Rozdrapuje swe zrastające się usta do śpiewu

z nieśmiałości zrastające się, z lęku, z pychy

Oto przechodziłam między podwojami tajnymi

twarz może przez to bardziej blada i wysuszona

Teraz unikam swych odbić w szkłach dekoracyjnych

w ich połamanych ornamentach widzę potępienie

Oblubieniec za górami i lasami brzozowymi

a ja palę papierosy, stojąc znów na trzech nogach