lepi się do wszystkiego, pieczętuje swoją obecnością

Me pisaki są tu porzucone, wielki śmietnik ustników

W ogniu pieśni zakrywają swe śpiewne oblicza przed sobą

wobec tego brunatnego nowotworu tu ulokowanego

Paczki dobrze sklejone dochodzą do piekła w trzy dni

Mamo, prześlij mi, proszę, te ciepłe kapcie uszyte z wełny

do grobu prześlij mi je, bym mogła szurać po parkietach

woskowanych na wysoki połysk z okazji śmierci wiecznej

Rysowanie rozpada się mi w rękach, one też się rozpadają

Nic tu nie bywa odcinkami, odległości uciekły zawstydzone