Już nie zbierała jagód.
— Może chcesz jagód? — spytała, podając mu dłoń.
Chwycił tę dłoń pełną jagód i powiedział drżącym głosem:
— A więc niech będzie, jak być miało przed napisaniem tej kartki.
— Niech będzie... — odparła szeptem i odwróciła się od niego.
Szli znów obok siebie, nic nie mówiąc i dziwne, że póki milczała, nie miał odwagi dotknąć jej ani wyrzec słowa. Ale czuł się niezmiernie lekki, wesoły, a nawet odczuwał zawrót głowy. Drżały mu przed oczyma przedmioty, a kiedy dostali się na wzniesienie, skąd można było objąć wzrokiem całe Solbakken, wydało mu się, że spędził tam całe życie... Ciągnęło go tam jak do własnej ojcowizny.
„Pójdę tam z nią razem!” — pomyślał, a odwaga jego wzrastała, im dłużej patrzył na Solbakken. Postanowienie jego wzmacniało się z każdym krokiem.
„Ojciec mi pomoże — myślał. — Dłużej nie wytrzymam! Muszę tam iść, muszę!” — Szedł coraz raźniej, a wszystko wokoło wydało mu się światłością i szczęściem.
Tak! To się musi stać dzisiaj! Szkoda każdej godziny! Uczuł się tak silny, że nie wiedział, jak wyładować nadmiar tej mocy.
— Uciekasz ode mnie? — zawołała nagle Synnöwe, nie mogąc dotrzymać mu kroku.