Synnöwe po raz pierwszy podniosła głowę i spojrzała na ojca z niewysłowioną wdzięcznością.

— No tak... — odparła Karen po krótkim milczeniu. Posunęła po stole palcem mocniej niż poprzednio. — No... tak... ja opierałam się tak długo tylko dla jej dobra... Nie jestem może tak surowa jak moje słowa!

Spojrzała na męża i uśmiechnęła się, ale w tej chwili oczy jej napełniły się łzami.

Guttorm rzekł:

— Tedy, dzięki Bogu, stało się to, czego od dawna najgoręcej pragnąłem na ziemi.

Podszedł do Synnöwe.

— Nigdy nie myślałem, by się to miało inaczej skończyć! — oświadczył Sämund, wstając z ławy. — Co ma być... być musi!

I również podszedł do Synnöwe.

— Cóż ty na to, drogie dziecko? — spytała matka, zbliżając się do niej także.

Synnöwe nie ruszyła się ze swego miejsca. Obstąpili ją wszyscy z wyjątkiem Torbjörna, który siedział ciągle tam, gdzie usiadł po przyjściu.