— Nie! — odrzuciła Synnöwe szybko.
Kwestii tej nie poruszano od tej pory.
Była najlepszą partią w całej okolicy, toteż śledzono ją spojrzeniami, gdy szła na nabożeństwo lub wracała z kościoła. Bywała tylko tam. Rodzice jej należeli do sekty Haugego, przeto córka nie uczęszczała na zabawy, tańce i nie brała udziału w innych rozrywkach.
Torbjörn siadywał w kościele w ławce naprzeciwko ławki Synnöwe, ale o ile wiedziano, nie rozmawiali ze sobą nigdy. Wszyscy jednak domyślali się, że istnieje pomiędzy nimi jakiś stosunek sercowy, ponieważ zaś nie obcowali ze sobą tak jak inni zakochani, przeto rozpowiadano sobie różności. Torbjörna nie lubiano ogólnie. Wiedział o tym i ta świadomość czyniła go jeszcze opryskliwszym, ile razy spotykał się z innymi młodymi parobczakami na weselach lub przy tańcu. Zdarzały się wtedy często bijatyki. Ale był mocny, toteż powoli zmniejszała się liczba przeciwników i nikt nie miał ochoty poznać jego pięści. Torbjörn nie ścierpiałby żadnej przeszkody na swej drodze.
— Jesteś teraz dorosły! — powiedział mu raz ojciec. — Żyj na swoją rękę, pamiętaj tylko, że moja pięść silniejsza może od twojej.
Minęły jesień i zima, zbliżała się wiosna, a dotąd ludzie nie wiedzieli nic pewnego. Szeroką falą rozeszły się wieści o niezliczonych koszach danych przez Synnöwe, toteż zostawiono ją w spokoju i konkurenci przestali napływać. Ingrid nie rozłączała się z nią. Obie miały udać się tego roku na hale, bo Guttorm Solbakken zakupił część hal granlieńskich. Miano niebawem wyganiać bydło, a tymczasem Torbjörn pracował w górach, przysposabiając koliby3 lub naprawiając zagrody.
Pewnego pogodnego wieczora, skończywszy robotę, usiadł pod drzewem i puścił wodze myślom. Dumał o tym i owym, a zwłaszcza co ludzie gadali w dolinie. Poczuł znużenie, położył się tedy we wrzosy, założywszy ręce pod głowę i patrzył w szafirową kopułę nieba sklepioną nad drzewami. Konary liściastych drzew chwiały się falistym ruchem, a sosny, świerki i modrzewie rysowały się na tle nieba w fantastycznych kształtach. Odsłaniało się ono, gdy wiatr rozchylał gałęzie. Wszystko było w ruchu i to nadało myślom Torbjörna swoisty ton.
Biała brzoza uśmiechała się do jodły, a sosna patrzyła z przekorą i kłuła ostrymi szpilkami na wszystkie strony. Była zła, bo w łagodnym klimacie tych okolic coraz to więcej rozwijało się dolinowych niedołęgów, które wznosiły swe bujne korony pod sam nos władczyni gór.
— Coście robiły w zimie, pytam... — burczała i chwiała czarnymi gałęźmi. Od kilku tygodni panował ogromny upał i wielkie krople żywicy jak pot ściekały z jej pnia.
— To coś okropnego! — mruczała. — Tak wysoko na północy jeszcze musi zawadzać to tałatajstwo!