Opodal stała potężna sosna oszroniała od starości i spoglądała na cały las z góry. Długimi, opuszczonymi gałęźmi mogła wygodnie chwycić za czub swawolny klon, który drżał na samą tę myśl. Ludzie obcinali tej sośnie gałęzie coraz to wyżej, więc mając tego dość, wystrzeliła w górę tak, że jodły przeraziły się i jedna z nich spytała, czy pamięta o burzach zimowych.
— Czy pamiętam o burzach? — wrzasnęła i za pomocą wiatru dała takiego klapsa biednej jodle, że ta straciła zupełnie równowagę. A sosna była potężna, wparła w ziemię tak ogromne stopy, że w odległości sześciu łokci od pnia sterczały z gruntu i były jeszcze grubsze od najgrubszego miejsca w pniu wierzby, która opowiadała o tym pewnego wieczora chmielowi, obejmującemu ją miłośnie ramionami. Brodata olbrzymka wiedziała o swej mocy i wysyłając w powietrze jeden konar po drugim, szyderczo mówiła do ludzi:
— Teraz mnie obcinajcie, jeśli chcecie!
— Nie! Tobie już nic nie zrobią! — powiedział orzeł, zniżył łaskawie swój lot, zwinął skrzydła i zaczął czyścić szpony z nikczemnej krwi jagnięcej. — Trzeba będzie powiedzieć mej żonie królowej, by się tu osiedliła! Ma ona właśnie znieść kilka jaj!... — dodał jakby zawstydzony i spojrzał na swe nagie nogi. Nasunęło mu się widać wspomnienie owych pierwszych dni wiosny, kiedy wszystko co żyje traci rozum pod wpływem promieni słońca. Po chwili jednak podniósł głowę i spojrzał spod nastroszonych piórami brwi ku czarnym skalnym iglicom, gdzie może krąży znudzona, osłabła i chora z powodu owych jaj królowa żona. Wzbił się w powietrze i za chwilę ujrzała sosna parę królewską zawieszoną wysoko w błękicie ponad skałami. Rozmawiali zapewne o swych sprawach domowych. Uczuła mimo wszystko pewien niepokój. Była dumna, a nic by tak nie schlebiało jej dumie jak to, by mogła kołysać w swej koronie królewską parę. Orły zwróciły lot w jej stronę i szybowały prosto ku niej. Widocznie sprawa została rozstrzygnięta, gdyż nie mówiąc ni słowa oboje zaczęli znosić gałęzie. Sosna napuszyła się jeszcze bardziej i w samej rzeczy nikt jej w tym nie mógł przeszkadzać!
W całym lesie powstał szum. Poleciały wieści o wysokim honorze, jaki spotkał sosnę mocarkę.
Opodal stała mała, powabna brzoza i przeglądała się w gładkiej tafli jeziorka, oddana marzeniom o miłości maleńkiego srebnoszarego dzwońca, który w południe sypiał zazwyczaj w jej gałęziach. Otaczała go wonią swych pąków, zatrzymywała na lepkich listkach komary i różne małe owady, by je mógł wygodnie schwytać, co więcej, czując, że upał się wzmaga, zbudowała mu w swej koronie cienistą altankę. Dzwoniec, widząc tyle dowodów przywiązania, zdecydował się zamieszkać tu na całe łato. Naraz orzeł osiedlił się na sośnie i biedny dzwoniec musiał uciekać. Cóż za strapienie! Dzwoniec wydzwonił jej cichutko pieśń pożegnania... Cichutko, by orzeł nie usłyszał, i odleciał.
Nie lepiej działo się kilku wrzaskliwym wróblom w krzaku dzikiego tureckiego bzu. Wiodły tam żywot tak grzeszny, że kos, mieszkający w pobliskiej osice, nie mogąc spać, wymyślał im od ostatnich. Poważny zaś kwiczoł zamieszkały w sąsiedztwie śmiał się z tej złości tak, że o mało nie spadł z gałęzi na ziemię. Wtem ptaki spostrzegły orła na sośnie! I wróble, i kos, i szpak, słowem wszystko, co mogło latać, uciekło co prędzej na łeb na szyję, i to cichaczem, pod gałęźmi drzew. Odlatujący kos przysiągł uroczyście, że póki życia nie osiedli się w sąsiedztwie wróblej hołoty.
Opustoszał więc las wokoło i zesmutniał, mimo że słońce świeciło tak pięknie. Tylko sosna radowała się, ale cóż to była za radość. Lękliwie uginały się przed jej gałęźmi wszystkie drzewa, ile razy zawiał wiatr z północy. Jej olbrzymie konary biły w powietrze nie mogąc dosięgnąć nikogo, a orzeł krążył wokoło jej korony, skupiony, mądry, nie robiąc sobie nic z wichury, jakby to był jeno przyjemny powiew unoszący w górę aromat lasu. Cała rodzina sosen była teraz w najlepszym humorze. Żadna sosna nie pomyślała, że tego roku ani jeden ptaszek nie uwije na niej swego gniazdka.
— Z drogi, hołoto! — wołały. — My jesteśmy członkami rodziny odznaczonej przez króla.
— O czym dumasz? — spytała nagle Ingrid, ukazując się wśród gęstwy. Stała, trzymając rozchylone gałęzie. Torbjörn podniósł się z ziemi.