— To szkaradna historia! — zawyrokowały dziewczęta, wstały i wyszły.
— Ile razy opowiada, co sam zechce — zauważył jakiś starzec, wstając z ławy — zawsze musi coś takiego mówić! Nie mogę pojąć, jak ludzie mogą słuchać takich historii — dodał i spojrzał na pannę młodą.
V
Kilka osób wyszło, inni zaczęli szukać muzykanta, by na nowo rozpoczął tańce. Ale skrzypek zasnął w rogu sieni na podłodze i niektórzy wstawiali się, aby mu dać spokój.
— Od kiedy zatłuczono na dobre Larsa, jego towarzysza pomocnika, musi biedny Ole grywać po całych dniach i nocach! — tak mówiono.
Tymczasem sprowadzono na podwórze wóz i poznoszono rzeczy Torbjörna oraz zaprzężono konie do innego wozu, mimo próśb chciał bowiem koniecznie jechać do domu. Pan młody zwłaszcza nalegał, by został.
— Nie ma tu dla mnie, prawdę mówiąc, tej radości, jak by się zdawało — powiedział doń.
Słowa te zastanowiły Torbjörna, ale upierał się wracać do domu przed zachodem słońca. Widząc, że nie ustępuje, goście weselni rozproszyli się po całym obejściu. Było dużo ludzi, ale panowała cisza i wszystko razem nie robiło wrażenia radosnego dnia weselnego. Torbjörn spostrzegł, że brak mu podkulka przy wozie, poszedł tedy go szukać. Ponieważ na podwórzu nie znalazł zdatnego kawałka drzewa, poszedł dalej, natrafił na drewutnię i wszedł do środka. Szedł cichy, zamyślony, bo nie mógł zapomnieć słów nowożeńca. Znalazł to, czego szukał, ale nie wracał. Usiadł pod ścianą z drewnem i nożem w ręku.
Naraz usłyszał, że ktoś jęczy w pobliżu. Głos dobywał się spoza cienkiej ścianki, gdzie za przegrodą stały wozy. Nastawił uszu.
— Czy to ty? — pytał męski głos, wymawiając słowa z wysiłkiem, z przerwami, stękając z bólu.