— Co to?... Co ci jest, dziecko? — pytała matka.
— Sama nie wiem... coś mi się tak... gdyby mu się w drodze coś przytrafiło...
— Cóż to za gadanie? Cóż mu się stać może? Do miasta wiedzie prosty i równy gościniec!
— Tak... ale pomyśl, mamo, co... się... się stało z... tamtym!
— Z tamtym?... No... ojciec dzięki Bogu nie jedzie jak wariat. Wróci wesoły i zdrowy, jeśli Bóg nie wypuści go ze swej świętej opieki.
Nieustające łzy Synnöwe dały matce wiele do myślenia. Powiedziała nagle:
— Są na świecie różne zmartwienia, nieraz nawet bardzo ciężkie. Musimy się tym pocieszać, że mogłoby być jeszcze dużo gorzej.
— Ach, to smutna pociecha! — powiedziała Synnöwe i płakała dalej.
Matka nie miała odwagi wypowiedzieć tego wszystkiego, co jej leżało na sercu, rzekła tedy tylko:
— Pan Bóg kieruje często sprawami ludzkimi w sposób widzialny. I tutaj zachodzi ten przypadek.