Wstała, bo usłyszała porykiwanie zbliżającego się stada. Dzwonki tętniły, rozbrzmiewały drewniane trąby pasterzy, a krowy zstępowały z wolna na niżej położoną halę. Były najedzone, a przeto pokojowo i wesoło usposobione. Matka wezwała Synnöwe, by z nią poszła naprzeciwko stada. Uczyniła to z ociąganiem i stąpała powoli, ze spuszczoną głową.

Karen Solbakken zajęła się witaniem krów. Każda z nich poznawała ją po kolei, zbliżała się i ryczała z zadowolenia. Gładziła je, klepała po karkach i była uszczęśliwiona, widząc, jak są dobrze odżywione.

— O tak... — powiedziała — Bóg nie opuszcza tego, kto w nim złożył swą ufność!

Pomagała Synnöwe zapędzić bydło, bo córka była dziś do niczego. Potem pomogła jej w dojeniu, mimo że ją to zatrzymało dłużej niż postanowiła. Gdy mleko było już przecedzone, a matka zabierała się do powrotu, Synnöwe chciała ją kawałek odprowadzić.

— Nie... nie! — powiedziała. — Jesteś znużona, połóż się spać!

Podała jej rękę, wzięła pusty koszyk i powiedziała na pożegnanie:

— Przyjdę niedługo zobaczyć, co słychać z tobą. Trzymaj się, dziecko, myśl o nas, rodzicach swych, a nie troszcz się o resztę!

Ledwie matka odeszła, zaczęła Synnöwe dumać, w jaki sposób mogłaby najszybciej otrzymać wieści z Granlien. Przywołała brata Torbjörna, ale gdy się zjawił, nie miała odwagi zwierzyć mu się i odesłała go z powrotem. Postanowiła iść sama. Ingrid nie dawała znaku życia. Noc była jasna i pogodna, a osiedle nie było tak odległe, by to miało stanowić przeszkodę w tak ważnej dla niej sprawie. Chwilę jeszcze podumała nad słowami matki, popłakała trochę, a potem zarzuciła chustkę i poszła boczną ścieżką, aby nie zwracać uwagi chłopców.

Im dłużej szła, tym bardziej jej było spieszno, tak że w końcu biegła drożyną leśną, a małe kamyczki oderwane od skał biegły za nią i przed nią i przerażały ją hałasem. Wiedziała, że to tylko kamienie, a jednak zdawało jej się, że ktoś kroczy za nią. Przystawała tedy nasłuchując. Nie... nie było nikogo. I znów biegła jeszcze szybciej. Nagle skoczyła na głaz utkwiony jednym końcem w ziemi. Pod wstrząśnięciem oderwał się od reszty i ledwo zdążyła uskoczyć. Głaz stoczył się w dół, czyniąc okrutny łomot, obijając się po krzakach i drzewach. Synnöwe drżała ze strachu, a przeraziła się jeszcze bardziej, spostrzegłszy na dole na drodze jakąś postać. Zrazu myślała, że to dziki zwierz. Stanęła, wstrzymując oddech. Stwora owa przystanęła również.

— Oj! — krzyknął ktoś na widok pędzącego głazu.