Poznała matkę.
Uskoczyła w bok i skryła się za grubą sosnę, czekała tam przez dobrą chwilę, by matka tymczasem mogła się oddalić. Potem szła powoli i niebawem znalazła się niedaleko zabudowań w Granlien.
Na ich widok doznała uczucia pewnej trwogi, wzrastającej w miarę zbliżania. Panowała cisza. Kilka narzędzi gospodarczych stało opartych o ścianę, obok leżał stos zrąbanego drzewa opałowego, a siekiera tkwiła w klocu. Przeszła mimo niego ku drzwiom. Zatrzymała się, słuchając. Cicho było wszędzie. Stała, namyślając się, czy ma iść na górę do sypialni Ingrid, gdy nagle wspomniała, iż taka sama musiała być owa noc, kiedy Torbjörn przyszedł do jej ogrodu sadzić kwiatki. Szybko tedy zzuła trzewiki i wśliznęła się schodami na pięterko.
Ingrid przeraziła się na dobre, gdy ją Synnöwe zbudziła.
— Co z nim słychać? — spytała Synnöwe.
Dopiero teraz przyszła Ingrid do przytomności i chcąc zwlec z odpowiedzią, sięgnęła po ubranie. Ale Synnöwe usiadła na łóżku, poprosiła, by leżała, i powtórzyła pytanie.
— Już mu teraz lepiej. Droga Synnöwe — mówiła Ingrid — niedługo przyjdę do ciebie na hale.
— Ach Ingrid! — prosiła Synnöwe. — Nie taj przede mną niczego. Przypuszczam wszystko najgorsze, przeto się nie przerażę.
Ingrid jeszcze chciała się wykręcać, ale strach Synnöwe był tak wielki, że nie mogła się oprzeć. Szeptem padały pytania i szeptem odpowiedzi. Wokół panowała uroczysta cisza, a powaga chwili pozwalała najsroższej prawdzie spojrzeć w oczy.
Doszły obie do przekonania, że wina Torbjörna była bardzo mała i że nic nie przeszkadza Synnöwe współczuć jego nieszczęściu. Obie płakały rzewnie po cichu. Synnöwe rozpływała się po prostu we łzach.