O świcie pies zaczął szczekać, chłopcy pobudzili się, dojono krowy i wyganiano je na paszę, a Synnöwe dotąd nie było.

Chłopcy wstali właśnie i dziwowali się, gdzie mogła zniknąć, bo spostrzegli, że łóżko jej było nietknięte, gdy zjawiła się niespodziewanie. Była blada i nie mówiła nic. Bez słowa przygotowała dla pasterzy śniadanie, włożyła do puszek zapas pożywienia dla każdego, potem pomagała w doju.

Ciężka mgła leżała jeszcze na niższych grzbietach gór, cała brązowozielona.

Hala lśniła od kropel rosy. Było zimno, a poszczekiwanie psa rozbrzmiewało echem po skalistych turniach.

Wypuszczano krowy po jednej. Poczuwszy rzeźwy powiew ranka ryczały i spieszyły ku wyjściu, ale tam siedział już pies i zatrzymywał każdą z osobna, dopóki wszystkie nie znalazły się w gromadzie. Potem całemu stadu pozwolił wyjść swobodnie.

Rozdzwoniły się dzwonki zawieszone u szyi zwierząt, poszczekiwanie psa niosło się daleko, chłopcy dęli w długie trąby drewniane, zagłuszając się wzajemnie.

Synnöwe odwróciła się od tego obrazu pełnego życia i wesela i udała się na miejsce, gdzie zwykle przesiadywały obie z Ingrid. Nie płakała. Siedziała zamyślona, patrząc w dal i łowiąc uchem różne odgłosy, które w miarę oddalania stawały się coraz bardziej harmonijne.

VII

W jakiś czas po tych wszystkich zajściach siedzieli Guttorm i Karen w świetlicy w Solbakken i czytali sobie wzajem ustępy z nowych książek przywiezionych z miasta. Byli rano w kościele, gdyż była to niedziela. Potem zrobili mały spacer po polach, by zobaczyć, jak wyglądają zasiewy i rozważyć, które kawałki roli mają na rok przyszły ugorować, a które trzeba będzie zasiać. Szli od jednej działki do drugiej i stwierdzali z zadowoleniem, że posiadłość poprawiła się w ich rękach w stosunku do tego, co objęli po ojcach.

— Bóg jeden wie, co się z tym stanie, gdy nas zabraknie — rzekła Karen.