Jan tymczasem siedział sobie najspokojniej z Niemcem w łodzi, nie domyślając się nawet, jakich powikłań stał się przyczyną. Dotąd nie znał co miłość i dopóki sprawa nie została załatwiona, trapił go niepokój. Teraz, kiedy wszystko zostało wyjaśnione, był spokojny, wesoły i układał nową pieśń weselną.

Stworzył właśnie coś wcale ładnego i użył dla zamknięcia każdej zwrotki motywu spotkania w lesie. Nucił tedy wesoło, był szczęśliwy i łowił ryby, a Niemiec czynił to samo i nie przeszkadzał mu w śpiewaniu.

Nagle usłyszeli obaj wołanie znad brzegu. Spojrzeli i zobaczyli dziewczynę dającą znaki. Pogadali ze sobą i skierowali łódź do lądu. Jan wysiadł, przywiązał łódź do pala, po czym obaj zabrali strzelby, ubranie, ryby i wędki. Niemiec udał się wprost do chaty, a Jan z całym tym ładunkiem skierował się tam, gdzie stała Beret.

— Ktoś ty? — spytał.

— Beret, siostra Mildrid!

On się zarumienił, a ona także. Ale zaraz pobladł i spytał porywczo:

— Czy się coś stało?

— Nic się nie stało, ale musisz zaraz przyjść! Ona nie może teraz w żaden sposób pozostawać sama!

Stał chwilę i patrzył na nią. Potem skinął głową i poszedł ku chacie. Niemiec zatrzymał się pod domem i rozwieszał na ścianie przybory rybackie. Jan uczynił teraz to samo, rozmawiając ze swoim gościem. Gdy wchodzili, z domu wypadły szczekając dwa psy, jeden Jana, drugi Niemca, ale zawołano je zaraz i musiały się uspokoić.

Trwało dosyć długo, zanim się Jan ukazał z powrotem. Przebrał się w inne ubranie, miał na ramieniu strzelbę i psa przy boku. Niemiec wyszedł także. Podali sobie ręce, jakby się rozstawali na czas dłuższy, po czym Jan zbliżył się do Beret.